Temat: Artykuły w tłumaczeniu

Praga. Zdjęcie: tanvach/Flickr.
Pewnego razu przeprowadziłem eksperyment, prosząc studentów [architektury], by porównali zdjęcie zdobionego manuskryptu z fragmentem ściany w audytorium, w którym odbywał się wykład. Ściany, która została udekorowana w postmodernistycznym stylu, mosiężnymi lampami i mosiężnymi paskami [pytając o to, które z nich ma w sobie więcej życia?]. Studenci byli zdecydowanie zgodni co do tego, że więcej życia jest w zdobionym manuskrypcie. Niektórzy studenci przyznawali to jednak z niechęcią, byli zirytowani samym pytaniem i mieli odczucie, że było ono z gruntu fałszywe i „zmanipulowane”. (więcej…)

Zdjęcie: matley0/Flickr.
Skoro przyznano prawa korporacjom, jak prawo swobody wypowiedzi, to dlaczego nie można by rozciągnąć praw także na rzeki lub na orangutany? Coraz większa liczba osób, zajmujących się ochroną przyrody i sprawiedliwością społeczną, uważa, że przyroda powinna mieć prawa, które byłyby zagwarantowane w systemie prawnym. Ponad 100 lokalnych społeczności w USA przyjęły specjalne uchwały, które przyznają prawa przyrodzie (zobacz więcej tutaj), a w Ekwadorze zostały one zapisane w konstytucji kraju. Co jednak oznaczałoby to w praktyce, gdyby prawnik mógł występować w imieniu ekosystemu lub zwierząt? Czy byłoby to praktyczne? (więcej…)

Zdjęcie: krebsmaus07/Flickr.
Jako chłopiec, wyciągnąłem dziesiątki, a może nawet setki palików, w beznadziejnych staraniach, by spowolnić spychacze, które rozjeżdżały mój las, aby zrobić miejsce dla nowego osiedla. Gdybym wiedział wówczas to, czego potem dowiedziałem się od dewelopera, że byłoby bardziej skuteczne, gdybym po prostu poprzesuwał te paliki, to na pewno bym tak zrobił. Możecie sobie zatem wyobrazić moje niedowierzanie, gdy, kilka tygodni po wydaniu w 2005 r. mojej książki “Ostatnie dziecko w lesie” (ang. Last Child in the Woods), otrzymałem email od Dereka Thomasa, który przedstawił się jako wice-przewodniczący i dyrektor ds. inwestycji w Newland Communities, jednej z największych w kraju, prywatnych firm deweloperskich, które budują osiedla. “Czytałem Twoją książkę – napisał – i jestem bardzo poruszony tym, o czym w niej napisałeś.” (więcej…)

Zdjęcia: Martina Petrů.
Artykuł z cyklu sprawy globalne i pomoc rozwojowa.
Nie ma się co dziwić, że Madagaskar, który położny jest na Oceanie Indyjskim, zaledwie 400 km od wschodniego wybrzeża Afryki i jest czwartą co do wielkości wyspą na świecie, jest jednym z tych miejsc na Ziemi, gdzie różnorodność biologiczna jest największa. Wyspa ta była w większości zalesiona, aż do mniej więcej początku naszej ery, kiedy to pierwsi osadnicy przybyli z odległego Borneo, a potem ze wschodniej i południowej Afryki, Półwyspu Arabskiego i Europy. Szacuje się, że, na przestrzeni ostatnich 2 tysięcy lat, ponad 90% lasów Madagaskaru przekształcono w tereny rolnicze lub zamieszkane przez ludzi (1). Obecnie Madagaskar jest jednym z tych miejsc na świecie, gdzie liczba ludności rośnie najszybciej, a przetrwanie mieszkańców wyspy zależy bardziej niż kiedykolwiek od kruchych zasobów naturalnych i bioróżnorodności (2). (więcej…)

Belo Horizonte. Zdjęcie: tuliom/Flickr.
Kiedy pisałam książkę „Dieta dla małej planety”, odkryłam prostą prawdę: głód na świecie nie jest spowodowany brakiem żywności, lecz brakiem demokracji. Jednak uświadomienie sobie tego to był jedynie początek, albowiem musiałam zadać sobie jeszcze pytanie: jak wygląda demokracja, dzięki której obywatele mogą naprawdę mieć wpływ na to, by móc zapewnić sobie niezbędne do życia rzeczy? Czy istnieje taka demokracja gdzieś na świecie? Czy działa w praktyce czy jest to tylko marzenie? Wraz ze zwiększającą się liczbą głodnych osób w USA – jedna osoba na dziesięć korzysta z bonów żywnościowych – te pytania znów stały się palące. (więcej…)

Zdjęcie: gwydionwilliams/Flickr.
Kiedy po raz pierwszy widziałem jak podjęta została decyzja bez podejmowania decyzji, utknęliśmy akurat w grupie kilkuset członków naszej społeczności w fabryce nawozów w zachodnim Kolorado. Cuchnęło tam jak nie wiem co, a na dodatek było duszno i gorąco. W metalowy dach dudniły krople deszczu, tysiące litrów wody bezustannie spadało z burzowych chmur ponad nami. Stłoczeni, w przemoczonych ubraniach przeciwdeszczowych, nie byliśmy szczęśliwymi biwakowiczami.
Być może domyślacie się już, że nie byliśmy zwykłą społecznością. Byliśmy grupą 400 osób, z różnych środowisk i zawodów, która próbowała razem żyć w miasteczku namiotowym, które co dzień lub dwa przesuwało się o 15 mil wzdłuż drogi. Braliśmy bowiem udział w Wielkim Marszu Pokojowym Na Rzecz Rozbrojenia Nuklearnego na Świecie w 1986 r., który przemierzał cały kraj i było wówczas blisko tego, by marsz się rozpadł (już raz się rozpadł na pustyni w Kalifornii, gdy sponsorująca nas organizacja Pro-Peace zbankrutowała i porzuciła naszą grupę 1200 osób. 800 z nas wróciło wówczas do domów. 400, którzy utknęli w fabryce nawozów, byli tymi, którzy znów zaczęli iść w marcu, po dwóch tygodniach przestoju na torze motokrosowym w Barstow i szukania nowego źródła finansowania i liderów. Ale to całkiem inna opowieść!). (więcej…)
Momencik... 
