9 września
2013
Maja Grabkowska

Zdjęcie: MakeLifeEasier.pl.

Mój kolega ma problem. Złości się, że w jego dzielnicy mieszkają osoby, które nie dość, że nie dbają o otoczenie, to na dodatek notorycznie je dewastują. Podobny problem ma wiele mieszkańców i mieszkanek miast i ja ten problem doskonale znam i rozumiem. Niestety nie da się go w prosty sposób rozwiązać. Kolega proponuje, żeby niszczycieli i niszczycielki skazywać na banicję, czyli przesiedlać do kontenerowych osiedli, najlepiej gdzieś na obrzeża Gdańska. Jest zdania, że skoro ktoś nie szanuje wspólnej przestrzeni, to można mu/jej odebrać prawo do miasta. I tu pojawia się pytanie: dlaczego nie szanujemy prawa do wspólnej, miejskiej koegzystencji? Dlatego, że nam się nie chce, czy dlatego, że nie potrafimy?

Mniej więcej tydzień temu w Berlinie po raz pierwszy korzystałam z tramwaju, którego szyny są zatopione w jezdni i zupełnie nieodgrodzone od ruchu samochodowego. Zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że przystanki, owszem, znajdują się przy krawędzi chodnika, ale sam pojazd zatrzymuje się po przeciwległej stronie. Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi i w oczekiwaniu na swoją „jedynkę” obstawiałam, jak zachowają się kierowcy i kierowczynie śmigających ulicą samochodów, kiedy nadjedzie tramwaj. Otóż spokojnie zahamowali/ły i przepuścili/ły osoby wsiadające i wysiadające. Bez jednego trąbnięcia ani innych oznak zniecierpliwienia. Szok i niedowierzanie!

Następnego dnia przyjrzałam się temu miejscu dokładniej i zidentyfikowałam kolejną (po urbanistyczno-architektonicznej) przyczynę, dla której lubię być w Berlinie: przyjemnie jest się po nim przemieszczać. Nieważne, czy używam do tego nóg, roweru (przerobiłam oba najpopularniejsze warianty: jazda na siodełku i bagażniku) czy środka komunikacji publicznej – za każdym razem czuję się wygodnie i bezpiecznie. Mimo, że np. ścieżki rowerowe są wyznaczone w sposób ledwie zauważalny (ciemniejszy kolor płyt chodnikowych), nikt nikogo nie popędza, na nikogo nie wpada i nie zgłasza pretensji.

Koktajl komunikacyjny w berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg. Od lewej: chodnik + ścieżka rowerowa, jezdnia + tory tramwajowe, estakada linii metra. Zdjęcie: Ingo Kniest.

Podobnie było w Londynie. Tam zresztą pewność siebie, wyrosła z uzasadnionego przekonania, że ulica jest dla wszystkich, prawie mnie zabiła, kierując mój rower wprost pod koła piętrowego autobusu. Moja i wyłącznie moja wina. Tym bardziej rozbawiła mnie opinia uczestniczki rozmowy o współkorzystaniu z przestrzeni angielskich miast przez ich mieszkańców i mieszkanki: „Kultura drogowa w [Wielkiej] Brytanii jest agresywna”. Rozbawiła okrutnie, bo akurat po stolicy tego kraju, a więc kilkumilionowej metropolii, poruszałam się (zarówno jako piesza i rowerzystka), raźniej niż po Sopocie. Ale w rozmowie pada także inne stwierdzenie – że miejskie współżycie jest wyzwaniem:

„Wiele starszych osób opowiadało mi o złych doświadczeniach z antyspołecznie nastawionymi rowerzyst(k)ami i kierowc(zyni)ami, tymczasem istnieją też antyspołeczni piesi i piesze. Problem pojawia się wówczas, gdy ktoś przypisuje niewłaściwe zachowanie [tylko i wyłącznie] jednej grupie. Najważniejsze, żeby wszyscy zrozumieli, że chodzi o umiejętność dzielenia się [miastem] i że każdy/a musi ustąpić trochę pola oraz mieć dla siebie nawzajem dużo wyrozumiałości.”

W podobnym tonie wypowiadał się na środowej debacie o przyszłości Targu Węglowego profesor Jacek Dominiczak, apelując, żebyśmy nie dyskutowali, czy lepiej wyrzucić stamtąd samochody czy może nie wpuszczać rowerzystów. O wiele sprawiedliwszym punktem wyjścia niż wykluczanie określonych grup użytkowników/iczek miasta, jest podjęcie próby pogodzenia ich różnych interesów. I, dodam od siebie, mozolna edukacja w zakresie kultury miejskiej koegzystencji. Są to rzecz jasna rozwiązania o niebo trudniejsze, ale prawdopodobnie bardziej rozsądne.

Idąc tropem myślenia mojego kolegi, należałoby bowiem wysiedlić z miasta, po kononowiczowsku, wszystkich. No bo koledze przeszkadzają chuligan(k)i i wandale/lki, a mi np. młode osoby uczęszczające do położonych w sąsiedztwie studenckich klubów, które o nietypowych porach dnia i nocy fundują mi pod balkonem wątpliwej jakości serenady. Komu innemu, być może, spokój zakłócają śmieciarki lub karetki pogotowia. Nie napiszę więc nic odkrywczego: miasto jest nagromadzeniem ludzi, budynków, infrastruktury i wszelkiego rodzaju problemów – kto chce tu mieszkać, musi z nimi żyć. Ma też prawo narzekać na taki stan rzeczy, ale i może próbować go zmienić. Jak? Dobre pytanie, na które każdy/a najlepiej odpowie sobie sam/a. Gotowych instrukcji brak, natomiast dostępnych narzędzi coraz więcej: udział w debatach publicznych i konsultacjach społecznych, planowanie partycypacyjne, zgłaszanie projektów i ich wybieranie w ramach budżetu obywatelskiego, mobilizowanie swojej wspólnoty mieszkaniowej do działań sąsiedzkich, wysyłanie uwag do projektów planów miejscowych, współpraca z lokalnymi radnymi oraz – jak to w mieście – rozmowy, rozmowy, rozmowy.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z Prenzlauer Berg. W parku utworzonym na miejscu fragmentu berlińskiego muru stoi sobie kamienny amfiteatr – okrągła scena z widownią wykrojoną w zboczu wzgórza. Wiosną i latem w niedzielne popołudnia odbywają się tam pokazy karaoke. Dwóch panów z komputerem i głośnikami od paru lat zapewnia podkład muzyczny, a występujący rekrutują się z ochotników i ochotniczek. Chętnych do słuchania i śpiewania nie brakuje. Są w różnym wieku, rozmaitej narodowości, o zróżnicowanym stopniu zamożności. I chociaż niektóre popisy wywołują raczej salwy śmiechu niż okrzyki zachwytu, to atmosfera jest pogodna i życzliwa.

Oklaskując kolejnego wykonawcę, usiłowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam okazję przebywać w podobnie ogólnodostępnej, przyjaznej i demokratycznej przestrzeni publicznej i doświadczać tego rodzaju poczucia wspólnoty. Wiem, że Prenzlauer Berg ma swoje kłopoty (związane choćby z masowym napływem turystów i turystek, których średnio codziennie bawi w całym Berlinie tyle, ile liczy populacja Gdańska), ale kilka dni tam spędzonych uświadomiło mi, że czasem wystarczy niewiele, żeby móc przypomnieć sobie, czemu znosimy te wszystkie trudy i niewygody życia w mieście. I dlaczego warto z nimi walczyć w sposób konstruktywny.

Miejska wspólnota w Mauerpark. Zdjęcie: Maja Grabkowska.


4 komentarze

  1. Krzysztof z Gdańska
    20/09/2013

    Droga Autorko, aby skorzystać „z tramwaju, którego szyny są zatopione w jezdni i zupełnie nieodgrodzone od ruchu samochodowego…” itd. – nie trzeba jechać do Berlina. Wystarczy wybrać się do Gdańska (z Sopotu to dwa kroki). Polecam Dolny Wrzeszcz, Nowy Port, Stogi…

  2. Maja
    20/09/2013

    Drogi Czytelniku, zapewne zapoznałeś się już z moją odpowiedzią na profilu fejsbukowym EkoMetropolii, ale przytoczę ją raz jeszcze: „nie znam w Gdańsku miejsca, gdzie do tramwaju wsiadałoby się bezpośrednio z jezdni, tuż przed hamującymi samochodami, bez użycia sygnalizacji świetlnej, choć fakt, że nieczęsto poruszam się po Gdańsku tramwajami.” Piotr przyznał, że zna tylko jeden taki przystanek, na ul. Mickiewicza – jeśli potrafisz wskazać ich więcej, chętnie się o nich dowiem. Przy okazji dziękuję za wnikliwą lekturę mojego tekstu :)

  3. Krzysztof z Gdańska
    26/09/2013

    Nie zaglądam na Ekometropolię, ale polecam np. ul. Stryjewskiego na Stogach albo Oliwską w Nowym Porcie. Tam też się wsiada do tramwajów na jezdni, bez świateł, itd. Naprawdę Gdańsk jest bliżej od Berlina… ;)

  4. Maja
    27/09/2013

    Dzięki, na to wygląda – przynajmniej jeśli chodzi o niektóre rozwiązania komunikacyjne (z akcentem na „niektóre” i „rozwiązania”) ;)

Komentarz