10 sierpnia
2013
Marcin Gerwin

Zdjęcie: zeligfilm/Flickr.

Wyniki najnowszej „Diagnozy Społecznej” pokazują spore rozczarowanie mieszkańców Polski współczesną formą demokracji. Chcąc to zmienić, Robert Siewiorek zaproponował na łamach Gazety Wyborczej, w artykule „Przeciw siorbaniu kawy na ławie”, wprowadzenie egzaminu na obywatela. Od wyników tego egzaminu miałoby zależeć prawo do głosowania w wyborach oraz prawo do bycia wybieranym. W mojej ocenie taki egzamin nie gwarantuje jednak tego, że jakość demokracji poprawiłaby się w znaczący sposób i że bylibyśmy bardziej zadowoleni z podejmowanych przez polityków decyzji. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że nawet jeżeli jesteśmy świadomymi i wyedukowanymi wyborcami, to nie my układamy program wyborczy kandydatów. Z częścią propozycji w programach możemy się zgadzać, z innymi już nie, jednak oddając głos na danego kandydata musimy poprzeć je wszystkie, nawet jeżeli coś w jego lub jej programie nam nie odpowiada.

Po drugie, głosowanie w wyborach przypomina niekiedy wybór pomiędzy dżumą a cholerą – przeglądając listę kandydatów widzimy, że nie ma na niej nikogo, kogo tak naprawdę chcielibyśmy poprzeć. Oddajemy więc głos na mniejsze zło. Egzamin na obywatela nie gwarantuje, że znajdą się na liście kandydaci, którzy będą nam odpowiadali. Można zakładać, że byłyby to niemal te same osoby, tylko z nieco większą wiedzą z historii czy świadomością obywatelską. Po trzecie, wybrani przez nas posłowie czy radni mają wolny mandat, co oznacza, że nawet jeżeli zgadzamy się w pełni z ich programem i rozumiemy go, to nie są zobowiązani go realizować. Co zresztą często się zdarza.

Czy demokrację można naprawić? Oczywiście. Problem jednak w tym, że wiele osób utożsamia demokrację z wyborami. Tymczasem to właśnie wybory są jednym z głównych mankamentów współczesnej demokracji. Wiele działań polityków jest motywowanych nie tyle zdrowym rozsądkiem czy sumieniem posłów, lecz kalkulacją polityczną, czyli liczeniem na dobry wynik w następnych wyborach. A to niekoniecznie przekłada się na trafne decyzje. Czy gdyby nie wybory, politycy obiecywaliby zrealizowanie inwestycji, o których wiedzą, że nie uda się na nie zdobyć pieniędzy?

Co zatem można zrobić? Narzędziem, które warto dalej usprawniać i promować, jest budżet obywatelski. W uproszczonych formach wprowadziło go już około 20 miast w Polsce. Głosowanie w budżecie obywatelskim nie jest obciążone wizją zbliżających wyborów, gdyż mieszkańcy nigdzie nie muszą kandydować.

Budżetom obywatelskim w Polsce brakuje jednak deliberacji. Głosowania w ramach budżetu obywatelskiego w Sopocie, Poznaniu czy Łodzi powinna poprzedzać debata, czyli deliberacja, na temat kierunku rozwoju miasta, potrzeb mieszkańców oraz analiza zgłoszonych propozycji wydatków. Deliberacja ma istotny wpływ na wynik głosowania, pozwala bowiem wybrać te projekty, które są najbardziej potrzebne mieszkańcom i których realizacja autentycznie przyczyni się do poprawy jakość życia. Wynik głosowania z pominięciem debaty może być przypadkowy, gdyż mieszkańcy mogą nie zapoznać się ze szczegółami wszystkich zgłoszonych projektów, których może nawet być ponad sto.

Deliberacja pozwala mieszkańcom zastanowić się nad priorytetami inwestycji w mieście, wysłuchać opinii ekspertów, urzędników, innych mieszkańców i zagłosować świadomie. Jak jednak rozmawiać o sprawach miasta, gdy mieszka w nim kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy osób? Rozwiązaniem jest wylosowanie grupy np. stu mieszkańców, której skład będzie odzwierciedlał strukturę demograficzną danego miasta, pod względem płci, wieku, wykształcenia czy poziomu zamożności. Zadaniem tej grupy mieszkańców, czyli panelu obywatelskiego, byłaby analiza projektów, wysłuchanie opinii ekspertów i mieszkańców oraz ostateczny wybór projektów.

Panele obywatelskie można wykorzystać do podejmowania decyzji również na poziomie krajowym. Dlaczego właśnie panele a nie referenda? Niewątpliwą zaletą referendów jest to, że każdy może  wziąć w nich udział. Niemniej jednak o wyniku głosowania w referendum, na obecnych zasadach, może przesądzić lepsza kampania promocyjna jednej ze stron czy lepszy dostęp do mediów. Niekoniecznie natomiast argumenty merytoryczne. Z kolei uczestnik panelu, nawet jeżeli ma wykształcenie podstawowe, otrzymuje na dany temat wiedzę, która pozwala mu na podjęcie świadomej decyzji. Dla przykładu – kiedy w Kolumbii Brytyjskiej (prowincja Kanady) zaproszono obywateli do wskazania w ramach panelu najkorzystniejszej ordynacji wyborczej, uczestnicy panelu przez ponad pół roku poznawali różne systemy wyborcze.

Zapytanie dziś obywateli w referendum, czy preferują ordynację proporcjonalną czy większościową, od strony jakości podejmowania decyzji nie ma większego sensu. Zapytanie o to polityków również może budzić wątpliwości, gdyż niemal na pewno będą skłaniać się ku takiej ordynacji, która będzie korzystna dla ich partii. Natomiast panel obywatelski mógłby umożliwić podjęcie przemyślanej decyzji w najlepiej pojmowanym interesie społeczeństwa.


2 komentarze

  1. giz
    10/08/2013

    chciałem zacząć od złośliwości na temat czerpania inspiracji z GieWu, ale się zreflektowałem, gdyż w sumie każde źródło inspiracji jest dobre jeśli zmusza do refleksji i to na dodatek twórczej, jak w tym wypadku. Wprawdzie sądzę, że jakby spytać obywateli czego tak naprawdę mają dość, to jeśli tylko mieliby taką możliwość, jedna z odpowiedzi brzmiałaby – gadulstwa, czyli deliberacji. Ale to tak na marginesie.
    Pozytywnie oceniam konkluzję komentowanego tekstu, w której mowa o decyzjach podejmowanych przez reprezentatywne gremium mieszkańców gminy, przy czym warto się zastanowić jak zapewnić tę reprezentatywność. Zakładając, że udało się ją zapewnić i panele obywatelskie funkcjonują ku pełnej satysfakcji lokalnych społeczności, można śmiało założyć, że następnym krokiem będzie wyłonienie starannie wybranych przedstawicieli tych paneli jako kandydatów w wyborach do władz miasta i gminy, bez konieczności wiązania się z jakąkolwiek partią czy zawiązywania całkiem nowej.
    Przyznaję, jest to wizja nader optymistyczna, ale sądzę, że wcale nie niemożliwa.

  2. Wojciech_M
    07/12/2013

    Kilka razy, m.in na spotkaniach w Klubie Krytyki Politycznej twierdziłem, że budżet obywatelski nie ma wpływu na logikę postępowania gdyż nie uwzględnia opinii niezależnych fachowców. Do 2001 roku istniał zapis art. 21 ust 2, który stanowił o konieczności 50$ udziału w pracach komisji niezależnych ekspertów (doradców). Lobby DYPLOMOWANYCH ANALFABETÓW spowodowało usunięcie tego zapisu, który wzorowany był na wieloletnich doświadczeniach skandynawskich. Oceniać należy fachowo projekty, natomiast zasady finansowania są elementem wtórnym. W tych warunkach niewielkie są efekty PPP, szczególnie z udziałem zagranicznym gdyż strach przed rozsądnymi decyzjami niekompetentnych radnych komplikuje działania. racje ma prof. Marek Belka: „na głupotę nie ma rady”.

Komentarz