11 października
2011
Marcin Gerwin

Zdjęcie: reway2007/Flickr.

Zwolennicy wprowadzenia okręgów jednomandatowych podkreślają czasem, że dzięki temu zmniejszy się dominacja partii politycznych. Czy jest tak w rzeczywistości? Po raz pierwszy mieliśmy w tym roku wybory do senatu w okręgach jednomandatowych z głosowaniem większościowym – zgodnie z nowymi zasadami mandat w senacie otrzymuje w danym okręgu tylko jeden kandydat, ten, który uzyskał największą liczbę głosów. W porównaniu z poprzednią ordynacją i wyborami z 2007 roku, liczba senatorów niezależnych rzeczywiście się zwiększyła. Z jednego do czterech. PO ma teraz 63 miejsca w senacie zamiast 60, PiS 31 mandatów zamiast 39, a oprócz nich w senacie pojawiło się także PSL z dwoma mandatami. No i? Gdzie jest owo odpartyjnienie?

Wyniki wyborów do senatu w 2011 r. Źródło: Onet.pl.

Jednym z najbardziej zauważalnych efektów wprowadzenia okręgów jednomandatowych jest zmniejszenie się liczby kandydatów, na których mogliśmy oddać głos. W poprzednich wyborach do senatu mogliśmy zagłosować na jednego z dziewięciu kandydatów, a teraz tylko na jednego z czterech. Stało się tak dlatego, że raz – okręg jednomandatowy jest mały, a dwa – że na skutek wprowadzenia okręgów jednomandatowych potencjalni kandydaci nie garną się do startowania, jeżeli wiedzą, że w danym okręgu pojawić się może silny kandydat, z którym nie widzą szansy, by udało się im wygrać (w poprzedniej ordynacji mieliśmy okręgi wielomandatowe i w naszym okręgu były do obsadzenia trzy miejsca). W niektórych okręgach, jak w Rzeszowie czy we Wrocławiu, do wyboru było w tym roku jedynie trzech kandydatów.

Głosowanie większościowe oznacza ponadto, że nie ma znaczenia ile procent głosów otrzymał w wyborach kandydat, a ważne jest jedynie to, czy dostał ich najwięcej. Prowadzi to do sytuacji takich, jak w Kielcach, gdzie mandat otrzymał kandydat, który zdobył zaledwie… 25,08% głosów. Natomiast pozostali kandydaci otrzymali kolejno: 22,52%, 22,33%, 10,51%, 9,71%, 7,87% i 2,00%. Gdyby tak choćby zorganizować drugą rundę, jak w wyborach prezydenckich, któremu wówczas z kandydatów przypadłyby głosy pozostałych wyborców? Nie wspominając o głosowaniu preferencyjnym, w którym można uszeregować kandydatów w wybranej kolejności, dzięki czemu można wybrać przedstawiciela, na którego zgadza się największa liczba wyborców.

Prezydent Komorowski zapowiadał, że będzie chciał wprowadzić okręgi jednomandatowe w wyborach samorządowych w dużych miastach. Zamiast tego byłoby znacznie lepiej, gdyby zaproponował wprowadzenie ordynacji Pojedynczy Głos Przechodni (STV), zarówno w wyborach lokalnych, jak i w wyborach do senatu. Wówczas również będzie można głosować na osobę i będzie można kandydować indywidualnie, nie będąc członkiem partii politycznej. Pojawi się jednak istotna różnica – podział mandatów będzie wówczas bardziej trafny i sprawiedliwy.

Zobacz także:


1 komentarz

  1. Ampersand
    11/10/2011

    No czterokrotnie się zwiększyła liczba niezależnych, to jakiś efekt jest.

Komentarz