22 września
2011
Marcin Gerwin

Zdjęcie: Scarygamy/Flickr.

Od zeszłego tygodnia trwa burza w związku z próbą ograniczenia obywatelom dostępu do opinii i analiz, które zamawiane są przez organy państwa. Z pomysłem takim wyszedł najpierw rząd, lecz wycofał się z niego jeszcze w trakcie prac w sejmie. Potem jednak niespodziewaną poprawkę o podobnym brzmieniu zgłosił senator Marek Rocki (PO) i to w taki sposób, że nie była możliwa dyskusja na jej temat na posiedzeniu senatu. Poprawka trafiła na obrady sejmu, który przyjął ją większością głosów, dzięki poparciu posłów z PO i PSL. Wywołało to falę krytyki ze strony organizacji pozarządowych i inicjatyw obywatelskich, sejmowej opozycji, a nawet opozycjonistów z czasów PRL-u, którzy napisali do prezydenta Komorowskiego list otwarty z prośbą, by tę ustawę zawetował. 

Na czym polega problem z tą poprawką? Ograniczenia w dostępie do informacji są w ogóle uzasadnione i być powinny, sęk jednak w tym, że poprawka senatora Rockiego poszła za daleko. Brzmi ona tak:

„w art. 5:
a) po ust. 1 dodaje się ust. 1a w brzmieniu:
„1a. Prawo do informacji publicznej podlega ograniczeniu ze względu na ochronę ważnego interesu gospodarczego państwa w zakresie i w czasie, w jakim udostępnienie informacji:
1) osłabiłoby zdolność negocjacyjną Skarbu Państwa w procesie gospodarowania jego mieniem albo zdolność negocjacyjną Rzeczypospolitej Polskiej w procesie zawierania umowy międzynarodowej lub podejmowania decyzji przez Radę Europejską lub Radę Unii Europejskiej;
2) utrudniłoby w sposób istotny ochronę interesów majątkowych Rzeczypospolitej Polskiej lub Skarbu Państwa w postępowaniu przed sądem, trybunałem lub innym organem orzekającym.”

Zapisy te są na tyle ogólne, że pozostawiają duże pole do interpretacji. Czym bowiem jest „ważny interes gospodarczy państwa” lub kiedy konkretnie zdolność negocjacyjna Polski zostaje osłabiona, a kiedy nie? Istnieje ryzyko, że tak sformułowane zapisy sprawią, że dostęp obywateli do informacji będzie mógł być ograniczany pod byle pretekstem, a nie jedynie w szczególnych przypadkach. Choć jest to ograniczenie czasowe, to ma miejsce właśnie w tym momencie, gdy wgląd w ekspertyzy jest istotny, bo co nam po nich, gdy umowy zostaną już zawarte, a kontrakty podpisane? A nie są to analizy prywatne, lecz publiczne – sporządzane w imieniu i dla dobra społeczeństwa, za nasze pieniądze. Stąd właśnie nasze prawo do tego, by mieć do nich wgląd.

Wyobraźmy sobie, że polski rząd negocjuje traktat klimatyczny, który ma zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych do atmosfery. Nagle nasz pracownik – premier – ogłasza, że nie ma potrzeby przejmować się emisjami dwutlenku węgla czy metanu, bo na jego zlecenie wybitni polscy naukowcy sporządzili ekspertyzę, z której wynika, że obecne zmiany klimatu nie są powodowane przez człowieka, więc będzie zabiegał o przyznanie Polsce możliwości do emitowania tylu gazów cieplarnianych ile tylko się da. Którzy naukowcy twierdzą, że człowiek nie ma wpływu na klimat? – pytamy. Nie powiem – odpowiada premier. Czy możemy zobaczyć tą ekspertyzę? Nie, bo osłabi to „zdolność negocjacyjną Rzeczypospolitej Polskiej w procesie zawierania umowy międzynarodowej”. Ekspertyza zostaje ujawniona dopiero po podpisaniu traktatu i odkrywamy, że nie napisali jej klimatolodzy, lecz geolog i astrofizyk, a zawiera ona podstawowe błędy i klimatolodzy rozszarpują ją na strzępy. Traktat został jednak podpisany w takim kształcie, że ochrona klimatu staje się fikcją.

Dostęp do informacji jest jednym z podstawowych elementów państwa demokratycznego i nie powinien być ograniczany bez naprawdę istotnej przyczyny. Pomimo tych zastrzeżeń merytorycznych, okazuje się, że senator Rocki w ogóle nie miał prawa zgłosić tej poprawki i że senat przekroczył w tej sprawie swoje uprawnienia. Dlaczego? Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego wskazują, jakiego rodzaju poprawki może wnosić senat. Inaczej wygląda to w przypadku nowych projektów ustaw, a inaczej w przypadku nowelizacji ustaw już istniejących. W przypadku nowelizacji ustaw senat może zgłaszać poprawki tylko w ograniczonym zakresie, na co wskazuje wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 19 września 2008 r.:

Znacznie węższe ramy kształtowania przez poprawki Senatu materii ustawy stwarza uchwalona przez Sejm nowelizacja obowiązującej ustawy, w szczególności zaś wtedy, gdy zakres tej nowelizacji jest niewielki. „W takim wypadku niezbędne jest, by Senat ograniczał się do wnoszenia poprawek tylko do ustawy nowelizującej, tj. do tekstu, który został mu przekazany do rozpatrzenia. Wyjście poza ten tekst nie może być uznane za poprawkę do ustawy. Poprawka nie może bowiem dotyczyć spraw, które w ogóle nie były przedmiotem rozpatrzenia przez Sejm” (punkt 3.2 orzeczenia, zobacz więcej tutaj).

Zmiany, nad którymi pracował sejm, to nie była nowa ustawa. Była to nowelizacja. Senator Rocki zaproponował dodanie nowego ustępu, a tym samym wyszedł poza tekst, który został przekazany do senatu. W świetle orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, było to więc działanie niezgodne z art. 121 ust. 2 Konstytucji. Co się wówczas powinno zdarzyć? Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nie pozostawia wątpliwości – stwierdzenie niekonstytucyjności procedury legislacyjnej, która doprowadziła do ustanowienia przepisów ustawowych, powoduje ich „wyeliminowanie z obrotu prawnego i czyni kontrolę merytoryczną bezprzedmiotową”.

Ustawa znajduje się teraz u prezydenta, który ma 7 dni na podpisanie jej, zawetowanie lub skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał Konstytucyjny jednak już się w tej sprawie wypowiedział. Panie Prezydencie, a zatem?

Zobacz także:


Komentarz