13 marca
2011
Richard Louv

Zdjęcie: krebsmaus07/Flickr.

Jako chłopiec, wyciągnąłem dziesiątki, a może nawet setki palików, w beznadziejnych staraniach, by spowolnić spychacze, które rozjeżdżały mój las, aby zrobić miejsce dla nowego osiedla. Gdybym wiedział wówczas to, czego potem dowiedziałem się od dewelopera, że byłoby bardziej skuteczne, gdybym po prostu poprzesuwał te paliki, to na pewno bym tak zrobił. Możecie sobie zatem wyobrazić moje niedowierzanie, gdy, kilka tygodni po wydaniu w 2005 r. mojej książki „Ostatnie dziecko w lesie” (ang. Last Child in the Woods), otrzymałem email od Dereka Thomasa, który przedstawił się jako wice-przewodniczący i dyrektor ds. inwestycji w Newland Communities, jednej z największych w kraju, prywatnych firm deweloperskich, które budują osiedla. „Czytałem Twoją książkę – napisał – i jestem bardzo poruszony tym, o czym w niej napisałeś.”

Thomas napisał, że chciałby zrobić coś pozytywnego. Zaprosił mnie na sesję planowania do Phoenix, by „zastanowić się, jak firma Newland może ulepszyć lub przedefiniować swoje podejście do zachowania otwartej przestrzeni oraz interakcji pomiędzy nabywcami domów a przyrodą.” Kilka tygodni później, w sali konferencyjnej, w której zgromadziło się około 80 deweloperów, wykonawców i pośredników w handlu nieruchomościami, wygłosiłem swoje stanowisko. Zaznaczyłem, że osoby na tej sali były częściowo odpowiedzialne za problem, dlatego, że niszczą naturalne siedliska, projektują osiedla w taki sposób, że uniemożliwiają realny kontakt z przyrodą i wprowadzają do ich statutów takie zapisy, zgodnie z którymi zabawa na dworze to niemal przestępstwo – zabraniają wspinania się na drzewa, budowy fortec, a nawet rysowania kredą na chodniku.

Szykowałem się do tego, by szybko stamtąd wyjść, gdy Thomas, mężczyzna z brodą i o dobrodusznym usposobieniu, wstał i powiedział „Chciałbym, abyście podzielili się na małe grupy i rozwiązali następujący problem: jak możemy budować w przyszłości osiedla, w których dzieci będą mogły autentycznie mieć kontakt z przyrodą?” Salę wypełnił gwar rozmów i podekscytowanie. Zanim uczestnicy spotkania wrócili na swoje poprzednie miejsca, by opowiedzieć o swoich pomysłach, spostrzegłem, jak duży potencjał ma umożliwianie kontaktu pomiędzy dziećmi a przyrodą, że może pomóc pozyskać nieoczekiwanych sojuszników i sprawić, że osoby, których byśmy o to nie podejrzewali, zaczną proponować rozwiązania, o których wcześniej by nie pomyślały.

Zdjęcie: Susan NYC/Flickr.

Pół godziny później grupy przedstawiły swoje pomysły. Było to na przykład: pozostawienie fragmentów ziemi z naturalną, dziką przyrodą (całkiem nieźle, jak na początek); wprowadzenie ekologicznych zasad projektowania; uwzględnienie w projektach ścieżek przyrodniczych i naturalnych cieków wodnych; odrzucenie ograniczeń w statutach, które utrudniają lub zabraniają naturalnej zabawy, a zamiast tego stworzenie takich zapisów, które do tego zachęcają; pozwolenie dzieciom na budowanie fortec i domków na drzewach albo uprawianie ogródków; zakładanie małych, położonych w pobliżu miejsc z dziką przyrodą.

“Dzieci mogłyby zostać przewodnikami, używając telefonów komórkowych, i oprowadzać po ścieżkach przyrodniczych, które prowadziłyby do szkoły, wzdłuż granicy osiedla” – ktoś zasugerował. Czy panie i panowie zgromadzeni na tej sali tylko udawali? Być może. Deweloperzy wykorzystujący nasz głód kontaktu z przyrodą – myślałem sobie. – Na takich samych zasadach, jak nazywają ulice na osiedlach od nazw drzew i strumieni, które niszczą. Niemniej jednak, sam fakt, że deweloperzy, wykonawcy i pośrednicy w handlu nieruchomościami podeszli do szukania rozwiązań na pytanie Dereka Thomasa z takim entuzjazmem, był bardzo optymistyczny. Jakość proponowanych przez nich pomysłów była drugorzędna, ważniejsze było to, że w ogóle je mieli. Choć sami z siebie może by tego nie zrobili, to ludzie siedzący na tej sali, proponowali zupełnie inną wizję przyszłości. Odkrywali coś nowego, a ten proces odkrywania, przez ostatnie dwa lata, obejmował coraz większą liczbę ludzi w całym kraju, i dotyczyło to nie tylko deweloperów.

Przez całe dziesięciolecia, osoby uczące ekologii, zajmujące się ochroną przyrody i inni, działali, czasem w bohaterski sposób, na rzecz tego, by zbliżyć dzieci do przyrody (zwykle przy niedostatecznym wsparciu ze strony polityków). Różne ostatnie zdarzenia, a wśród nich niespodziewane zainteresowanie ze strony mediów ogólnokrajowych książką „Ostanie dziecko” i „syndromem braku kontaktu z przyrodą”, pomogły zaprezentować spojrzenie tych weteranów szerszemu gronu słuchaczy. Choć niektórzy mogą twierdzić, że słowo „ruch” to przesada, to wygląda na to, że osiągnęliśmy pewien punkt krytyczny. Kampanie prowadzone na poziomie stanu lub lokalnie, nazywane czasem „Nie zostawiajmy dzieci w domu” (ang. Leave No Child Inside), zaczęły być prowadzone w Cincinnati, w Cleveland, w Chicago, w rejonie San Francisco Bay Area, w St. Louis, w Connecticut, na Florydzie, w Kolorado, w Teksasie i w innych miejscach. Szereg pokrewnych inicjatyw, jak ruch na rzecz prostego życia, na rzecz miast, po których można poruszać się na piechotę, na rzecz edukacji przyrodniczej czy na rzecz wspólnej własności ziemi (ang. land trusts), zaczęły mieć wspólną sprawę, dzięki czemu zwiększyła się ich siła. Działanie wokół tej sprawy zbliżyło do siebie różnorodnych ludzi, którzy, gdyby jej nie było, być może nigdy by razem nie działali.

We wrześniu 2006 r., National Conservation Training Center i Conservation Fund zorganizowały konferencję pod nazwą „Krajowy dialog na temat dzieci i przyrody” w Shepherdstown, w Wirginii Zachodniej. Przyciągnęła ona około 350 osób z całego kraju. Byli wśród nich przedstawiciele nauczycieli, ekspertów ds. zdrowia, przedstawiciele firm rekreacyjnych, firm deweloperskich, urbaniści, agencje ochrony środowiska, wykładowcy akademiccy i przedstawiciele innych grup (nawet z Walt Disney Company). Wsparcie wyrazili także liderzy grup religijnych, zarówno liberalnych, jak i konserwatywnych, którzy rozumieli, że życie duchowe zaczyna się od uczucia zadziwienia i zachwytu i że jedną z pierwszych okazji do niego jest kontakt z przyrodą. „Chrześcijanie powinni wieść prym w powrocie do bliskiego kontaktu z przyrodą i w odejściu od maszyn” – napisał R. Albert Mohler Jr., przewodniczący Seminarium Teologicznego Południowych Baptystów, najbardziej znanej szkoły Południowej Konwencji Baptystów.

Do pewnego stopnia ruch ten napędza troska o dobro własnej organizacji lub interes ekonomiczny. Jednak coś głębszego również ma miejsce. Biorąc pod uwagę to, że kwestia ta jest niemal uniwersalna, może ona poruszać bardziej atawistyczną motywację. Może mieć coś wspólnego z tym, co profesor E. O. Wilson nazywa hipotezą biofilii, zgodnie z którą ludzie z natury są przyciągani przez przyrodę: od strony biologicznej wciąż jesteśmy łowcami i zbieraczami, i jest w nas coś, czego w pełni nie rozumiemy, a co sprawia, że potrzebujemy od czasu do czasu bliskiego kontaktu z przyrodą. Wiemy jednak, że gdy ludzie mówią o braku kontaktu pomiędzy dziećmi a przyrodą – jeżeli mają wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, gdy zabawa na dworze była normą – niemal zawsze opowiadają o swoim dzieciństwie: o domku na drzewie lub o forcie, o szczególnym lesie lub rowie, o strumyku lub łące. Wspominają je jako „miejsca inicjacji”, jak to określił przyrodnik Bob Pyle, gdzie po raz pierwszy poczuli z zachwytem wielkość świata, zarówno tego, który jest widoczny, jak i tego, który jest niewidoczny. Gdy ludzie opowiadają sobie te historie, to znikają dzielące ich mury kulturowe, polityczne czy religijne.

A gdy to się dzieje, to mogą się wówczas zacząć pojawiać pomysły i prowadzić do jeszcze bardziej przemyślanych rozwiązań. Niewielki przeskok jest potrzebny do tego, by przejść, na przykład, od propozycji, z którymi wyszli członkowie grup na spotkaniu z Derekiem Thomasem, do prawdziwie zrównoważonych przedsięwzięć, jak choćby Village Homes w Davis, w Kalifornii, gdzie podmiejskie domy są zwrócone do wewnątrz, w kierunku otwartej, zielonej przestrzeni, gdzie zachęca się do uprawy ogrodów warzywnych, sadów, gdzie nie ma bram ani murów wokół lokalnej społeczności. I dalej, zamiast kontynuować rozbudowę przedmieść z mającą je usprawiedliwić nutką zielonych rozwiązań, deweloperzy mogą się zabrać za przebudowę części Ameryki zbudowanej wokół centrów handlowych w ekologiczne społeczności w stylu holenderskim, gdzie przyroda byłaby podstawowym elementem terenów miejskich.

Zdjęcie: woodleywonderworks/Flickr.

W podobny sposób, ruch “Nie zostawiajmy dzieci w domu” mógłby stać się jednym z najlepszych sposobów na to, by uporać się z innymi skostniałymi ideami, jak na przykład z reformą edukacji, której opiera się na standaryzowanych testach. Gdyby ludzie, których poglądy na co dzień różnią się, zaczęli rozmawiać o tym, jaki wpływ na rozwój dziecka ma brak kontaktu z przyrodą we współczesnym społeczeństwie, to szybko zaczęliby zadawać niewygodne pytania: „Właściwie to dlaczego skasowano szkolne wycieczki za miasto i naukę o przyrodzie? I dlaczego okna w naszej szkole się nie otwierają i nie ma w niej naturalnego światła?” Na głębszym poziomie, jeżeli zaczniemy domagać się, by program nauczania w szkołach obejmował pedagogikę miejsca (ang. place-based learning), w naturalnym środowisku, to pomożemy uczniom zrozumieć, że szkoła nie musi być łagodną odmianą więzienia, lecz że może być bramą do szerszego świata.

Może to wszystko jest jedynie myśleniem życzeniowym, przynajmniej w krótkim okresie czasu. Jednak, jak często powtarzał Martin Luther King Jr., sukces każdego ruchu społecznego jest uzależniony od tego, czy będzie on potrafił przedstawić wizję świata, do którego ludzie będą chcieli dążyć. Rzecz w tym, że zajmowanie się potrzebą dzieci do kontaktu z przyrodą pomaga nam stworzyć obraz tego świata – a jest to coś, co trzeba zrobić, bo cena nie stworzenia tego obrazu jest zbyt wysoka.

W przeciągu kilku dziesięcioleci sposób, w jaki dzieci postrzegają i doświadczają swojej najbliższej okolicy radykalnie się zmienił. Nawet pomimo tego, że dzieci i nastolatki stają się bardziej świadome globalnych zagrożeń związanych ze środowiskiem, to ich fizyczny kontakt, ich bliskość z przyrodą gaśnie. Jak wyjaśnił mi to jednym zdaniem jeden z piątoklasistów z przedmieścia: „Wolę bawić się w domu, bo tam są wszystkie gniazdka elektryczne”.

Zdjęcie: Bernard Landgraf/Wikimedia Commons.

Jego pragnienie wcale nie jest niezwykłe. W typowym tygodniu, zaledwie 6% dzieci w wieku od 9 do 13 lat bawi się samo na dworze. Badania przeprowadzone przez National Sporting Goods Association i American Sports Data pokazują dramatyczny spadek takich aktywności na świeżym powietrzu, jak pływanie czy łowienie ryb. Nawet jeżdżenie na rowerze spadło o 31% od 1995 r. W San Diego, według wyników badań przeprowadzonych przez organizację Aquatic Adventures, 90% dzieci mieszkających w śródmieściu nie potrafi pływać, a 34% nigdy nie było na plaży [San Diego jest położone nad Oceanem Spokojnym – przyp. tłum.]. Na przedmieściu Fort Collins w stanie Kolorado, nauczyciele kręcą głowami z przerażeniem, mówiąc o tym, jak wielu z ich uczniów nigdy nie było w górach, które przez cały rok są widoczne na horyzoncie.

Rodzice dzieci mieszkających w śródmieściu, na przedmieściach, a nawet na wsi, podają szereg zwykłych powodów, dla których ich dzieci spędzają mniej czasu na łonie przyrody, niż niegdyś oni sami, a są to: zmniejszająca się dostępność obszarów dzikiej przyrody, konkurencja ze strony telewizji i komputera, niebezpieczeństwo ze strony samochodów na jezdni, więcej zadań domowych i inne. Najczęściej jednak rodzice wymieniają zagrożenie ze strony obcych ludzi. Nakręcani przez wiadomości w mediach, które słyszą od rana do wieczora, wierzą, że istnieje epidemia uprowadzeń dzieci przez obcych ludzi, pomimo tego, że udowodniona liczba porwań (około sto na rok), pozostaje mniej więcej taka sama od 20 lat, a liczba przestępstw związanych z przemocą wobec dzieci i młodzieży zmniejszyła się znacznie poniżej poziomu z 1975 r.

Tak, za drzwiami naszych domów są pewne zagrożenia. Niemniej jednak są również zagrożenia związane z wychowywaniem dzieci pod rygorem niemal aresztu domowego – zagrożenie, że nie będą miały umiejętności niezależnego osądu, ani poczucia wartości miejsca, zdolności do odczuwania zachwytu i zadziwienia, że nie będą miały poczucia troski o Ziemię, a przede wszystkim są to zagrożenia związane z ich psychicznym i fizycznym zdrowiem. Szybki wzrost otyłości wśród dzieci sprawia, że wiele osób zajmujących się opieką zdrowotną martwi się, że obecne pokolenie dzieci może być pierwszym od czasów II wojny światowej, które będzie umierać we wcześniejszym wieku, niż ich rodzice. Zabieranie dzieci częściej na dwór, jeżdżenie na rowerze, bieganie, pływanie i przede wszystkim – bezpośredni kontakt z przyrodą, mogą posłużyć jako antidotum na wiele dolegliwości, które trapią dzieci.

Fizyczne korzyści są oczywiste, jednak inne korzyści, choć bardziej subtelne, są nie mniej istotne. Weźmy na przykład rozwój umiejętności poznawczych. Badania uczniów w Kalifornii i w reszcie kraju, po wyeliminowaniu innych czynników, pokazują, że szkoły, które prowadzą zajęcia na dworze i korzystają z innych form uczenia się przez doświadczenie, sprawiają, że uczniowie mają lepsze wyniki w naukach społecznych, naukach przyrodniczych, nauce języków obcych i matematyce. Wyniki badań z 2005 r., które przeprowadził Departament Edukacji w Kalifornii, wskazują, że uczniowie, którzy brali udział w zajęciach z nauk przyrodniczych na dworze, mają lepsze wyniki w testach o 27%.

A korzyści obejmują więcej niż tylko testy. Według całego szeregu badań, dzieci podczas zajęć prowadzonych na powietrzu mają wyższe poczucie wartości, lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i mają lepszą motywację do tego, by się uczyć. „Naturalna przestrzeń i naturalne materiały pobudzają nieograniczoną wyobraźnię dzieci” – mówi Robin Moore, międzynarodowy autorytet w kwestii projektowania środowiska dla dzieci do zabawy i nauki,- „i wspierają pomysłowość i kreatywność”. Badania dzieci bawiących się na dziedzińcach szkoły, które miały tereny zielone, w porównaniu z tymi, które miały nawierzchnie sztuczne, pokazują, że na terenach zielonych dzieci częściej angażowały się w zabawy wymagające kreatywności, i że w zabawie częściej ze sobą współpracowały. Ostatnie badania pokazują także pozytywną relację pomiędzy długością czasu, przez jaki dziecko potrafi skupiać uwagę, a bezpośrednim kontaktem z przyrodą. Badania z Uniwersytetu Illinois wskazują, że czas spędzany w naturalnym otoczeniu znacznie zmniejsza symptiomy ADHD nawet wśród dzieci poniżej piątego roku życia. Kontakt z przyrodą pozwala także zmniejszyć skutki stresu i chroni psychologiczny dobrostan, szczególnie wśród dzieci, które doświadczają silnego stresu.

Jednak nawet bez wyników badań naukowych i bez pomocy ze strony wyspecjalizowanych instytucji, wielu rodziców zauważa zmianę w poziomie stresu i nadaktywności u swoich dzieci, gdy spędzają czas na dworze. „Mój syn wciąż otrzymuje Ritalin, lecz jest na tyle bardziej spokojny na powietrzu, że na poważnie rozważaliśmy możliwość przeniesienia się w góry – opowiadała mi jedna z matek. Może po prostu potrzebuje więcej ruchu? – „Nie, on także uprawia sport” – mówi. Na okładce, z tyłu październikowego wydania magazynu San Francisco, zamieszczone jest pełne życia zdjęcie małego chłopca, którego oczy są rozszerzone z podekscytowania i z radości, skaczącego i biegającego po szerokiej, kalifornijskiej plaży, z chmurami burzowymi i wzbierającymi falami za nim. Krótki artykuł wyjaśnia, że chłopiec miał ADHD, że wyrzucono go ze szkoły, a jego rodzice nie wiedzieli co z nim zrobić. Zauważyli jednak, że przyroda zajmowała go i uspokajała. Przez lata zabierali więc swojego syna na plażę, do lasu, na wydmy lub nad rzekę, by pozwolić przyrodzie zrobić swoje.

Fotografia została zrobiona w 1907 r. Tym chłopcem był Ansel Adams.

Zdjęcie: Ansel Adams, 1942 r.

Ostatniej wiosny szedłem ścieżką w stronę rzeki Milwaukee, do miejsca, gdzie płynie ona przez miejski park Riverside. Na pierwszy rzut oka nie było nic nadzwyczajnego w młodych ludziach, których tam spotkałem. Grupa współczesnych uczniów z liceum w śródmieściu, ubranych w zwykłym, hip-hopowym stylu. Spodziewałem się zobaczyć w ich oczach tak modny obecnie cynizm, to zmęczone spojrzenie, które D. H. Lawrence nazwał dawno temu „stanem umysłu, w którym wie się wszystko”. Jednak nie tego dnia. Zarzucając wędki z błotnistego brzegu rzeki Milwaukee śmiali się z przyjemnością. Byli całkowicie pochłonięci łowieniem ryb, zachwyceni płynącą leniwie brązową rzeką i krajobrazem otaczającego ich parku, który zaprojektował pod koniec XIX wieku Frederick Law Olmsted, ojciec amerykańskiej architektury krajobrazu. Poszedłem dalej przez las do dwupiętrowego budynku Centrum Miejskiej Ekologii, zbudowanego z drewna z recyklingu, które przywieziono z opuszczonych domów.

Kiedy park w Milwaukee został założony, była to dolina otoczona drzewami, z wodospadem, ze wzgórzem do zjeżdżania na sankach, z miejscem do jeżdżenia na łyżwach, do pływania, do łowienia ryb i do pływania łódką. Lecz pobliskie Liceum Riverside powiększyło się w latach 70-tych ubiegłego wieku i część krajobrazu została wyrównana, by stworzyć miejsce na boiska sportowe. Skażenie przemysłowe, i nie tylko, sprawiło, że rzeka przestała nadawać się do kąpieli, park zaniedbano i problemem stała się przestępczość. Potem, na początku lat 90-tych, stało się coś niezwykłego. Emerytowany biofizyk zapoczątkował skromny program edukacji na powietrzu w opuszczonym parku. W 1997 r. zburzono tamę na rzece i naturalny przepływ wody wypłukał zanieczyszczenia. Zgodnie z dobrze znanym schematem, przestępczość zmniejszyła się, gdy więcej ludzi zaczęło korzystać z parku. W następnych latach program edukacji na powietrzu ewoluował do organizacji pozarządowej Centrum Miejskiej Ekologii, która gości rocznie ponad 18 tysięcy uczniów z 23 szkół w okolicy.

Dyrektor centrum, Ken Leinbach, były nauczyciel nauk przyrodniczych, oprowadził mnie po centrum. „Wielu nauczycieli chciałoby prowadzić zajęcia na powietrzu, jednak uważają, że nie są do tego wystarczająco dobrze przygotowani. Kiedy szkoła nawiązuje z nami współpracę, nie muszą martwić się o przygotowanie” – powiedział. I wskazał korzyść – centrum zaprasza uczniów z okolicy, którym las nie kojarzy się już z zagrożeniem, lecz z radością i odkrywaniem nowych rzeczy. Następnie wspięliśmy się na szczyt drewnianej wieży, która wznosi się wysoko ponad parkiem. Leinbach wyjaśnił, że wieża stwarza wrażenie, że ktoś obserwuje dzieci, dosłownie.

“Stojąc na wieży zauważyłem raz kierowcę, który próbował potrącić ludzi na ścieżce rowerowej, co zgłosiłem policji przez telefon” – powiedział spoglądając ponad drzewami. – „Oprócz tego incydentu, żadne poważne przestępstwo nie wydarzyło się w parku przez 5 ostatnich lat. Postrzegamy edukację przyrodniczą jako świetne narzędzie do rewitalizacji w mieście”. Choć Centrum Miejskiej Ekologii pokazuje przede wszystkim, co zrobić, by przyroda była lepiej wkomponowana w krajobraz miasta, to pomaga również nakreślić obraz edukacji przyszłości, którą wielu z nas chciałoby widzieć: każda szkoła połączona z klasą na powietrzu, szkoły współpracujące z ośrodkami przyrodniczymi, rezerwatami przyrody, ranczami i farmami, które tworzą nowe dziedzińce szkolne.

Ta wizja edukacji już stała się teraźniejszością w szkołach i przedszkolach, w których przyroda jest główną osią nauczania, a które zaczęły pojawiać się w całym kraju, jak Przedszkole Schlitz Audubon Nature Center, gdzie, jak podaje Milwaukee Journal Sentinel z kwietnia 2006 r., „3-latek potrafi pokazać cedry i klony, nawet jeżeli nie potrafi powiedzieć, jakiego koloru są spodnie, które ma na sobie. A 4-latek potrafi odróżnić tropy wiewiórki od tropów królika, nawet jeżeli nie potrafi jeszcze przeczytać nic na mapie. Dzieci uczą się poprzez dźwięki, zapachy i pory roku, które poznają na dworze.” Bazując na sukcesie przedszkoli, coraz większa ilość ośrodków edukacyjnych stara się dodać do swojej oferty zajęcia dla przedszkolaków, nie tylko by sprostać zapotrzebowaniu na edukację dla najmłodszych, lecz, jak podaje Journal Sentinel, także by „ukształtować entuzjastów spędzania czasu na łonie przyrody w młodym wieku”. A sukces w tej sprawie prowadzi do większego wyzwania – do lepszej troski o zdrowie naszej planety.

Puszczyk plamisty. Zdjęcie: USFWS Pacific/Flickr.

Badania wskazują, że, niemal co do jednego, obrońcy przyrody mieli w dzieciństwie jakieś duchowe doświadczenia związane z przyrodą. Dla jednych miały one miejsce w parkach narodowych, dla innych była to kępa drzew na końcu ulicy. Co jednak, gdy okazji do doświadczania przyrody będzie coraz mniej? Czy będziemy potrafili dbać o Ziemię? Kilka miesięcy temu odwiedziłem Ukiah w Kalifornii, górskie miasto, położone wśród sosen i mgły. Okolica ta jest oazą dla puszczyków plamistych i Ukiah jest znane z kontrowersji wokół wycinania drzew, starych lasów i zagrożonych gatunków. Jest to jedna z najbardziej sielskich okolic w całym kraju, jednak lokalni nauczyciele i rodzice mówią, że dzieci z Ukiah nie spędzają zbyt wiele czasu na dworze. Kto więc zajmie się ochroną puszczyków plamistych za 10, 15 lat?

Park Narodowy Yosemite. Zdjęcie: Raj Hanchanahal/Flickr.

Federalne i stanowe agencje ochrony przyrody zadają takie pytania z niepokojem. Powód – choć drogi w niektórych parkach narodowych w USA pozostają zatłoczone, ilość odwiedzin w wszystkich z nich zmniejszyła się o 25% od 1987 r., zaledwie garść ludzi oddala się na dłużej od samochodu, zmniejsza się także liczba osób, przyjeżdżających pod namiot. A takie trendy mogą jeszcze bardziej zmniejszyć polityczne wsparcie dla parków. W październiku 2006 r., dyrektor Parku Narodowego Yellowstone przyłączył się do aktywistów podróżujących po kraju, zachęcających do tego, by dzieci spędzały więcej czasu na dworze. Również U.S. Forest Service rozpoczyna akcję “Więcej dzieci w lasach”, by sfinansować lokalne przedsięwzięcia, mające na celu zachęcić dzieci do spędzania czasu na łonie przyrody.

Organizacje pozarządowe zajmujące się przyrodą również wykazują więcej zainteresowania tym, by dzieci miały kontakt z przyrodą. Na początku 2006 r., Sierra Club zintensyfikowało działania w tym kierunku, poprzez program „Inner City Outings” dla młodzieży zagrożonej patologiami i wzmocniło nacisk na polityków, by wspierali edukację przyrodniczą. Z kolei National Wildlife Federation rozpoczyna kampanię “Zielona godzina”, której celem jest przekonanie rodziców do tego, by ich dzieci spędzały godzinę dziennie na łonie przyrody. John Flicker, prezes National Audubon Society, prowadzi kampanię na rzecz utworzenia w każdym okręgu wyborczym do kongresu ośrodków przyrodniczych dla rodzin z dziećmi. „Kiedy już taki ośrodek powstanie, to zamknięcie go jest niemal niemożliwe” – mówi Flicker.- „Pomagają one od razu stworzyć polityczne poparcie i budują również bazę polityczną dla ochrony przyrody w przyszłości.”

Zwolennicy utworzenia nowego Regionalnego Parku Canyonlands w San Diego, który miałby na celu chronić sieć unikalnych kanionów w mieście, skierowali swoje starania także w stronę dzieci. „Oprócz podawania argumentów takich, jak ochrona dzikiej przyrody” – mówi Eric Bowlby, koordynator kampanii ds. kanionów w Sierra Club, – „mówimy dzieciom również o korzyściach zdrowotnych i rekreacyjnych, jakie płyną z utrzymania tych kanionów. Ludziom, którym nie zależy na ochronie zagrożonych gatunków, zależy na zdrowiu ich dzieci.” Stąd może być już tylko niewielki krok do wyznaczania dla dzieci i rodziców miejsca przy każdym z obszarów chronionych. Miejsca takie mogłyby uwzględniać centra przyrodnicze, które w idealnym wariancie wspierałyby przedszkola nastawione na edukację na powietrzu. Oczywiście, w ramach tych projektów dzieci musiałyby się nauczyć, jak zachowywać się w naturalnych siedliskach, szczególnie tam, gdzie są zagrożone gatunki. Niemniej jednak doświadczenia dzieci z przyrodą są niezbędne do tego, by przetrwała ochrona przyrody jako taka. Koniec końców więc, prawda jest taka, że dla przetrwania przyrody w dobrym stanie najistotniejszym gatunkiem wskaźnikowym są dzieci na łonie przyrody.

Przyszłość dzieci spędzających czas w kontakcie z przyrodą ma znaczący wpływ nie tylko na ochronę przyrody, lecz również na kierunek całego ruchu na rzecz ochrony środowiska. Jeżeli społeczeństwo doceni coś tak prostego, jak korzyści dla zdrowia dzieci, które płyną z tego, że doświadczają one przyrody, to może zmienić się stosunek społeczeństwa do środowiska. Podczas gdy eksperci ds. zdrowia zwykle wiążą zdrowie środowiska z brakiem zanieczyszczeń, to definicja ta nie obejmuje czegoś równie ważnego – tego, że środowisko może korzystnie wpłynąć na zdrowie człowieka. Przyroda nie jest już więc problemem, ale staje się rozwiązaniem, a jej ochrona jest niezbędna dla naszego własnego dobra. Howard Frumkin, dyrektor National Center for Environmental Health, wskazuje, że przyszłe badania na temat pozytywnego wpływu przyrody na zdrowie, powinny być prowadzone we współpracy z architektami, urbanistami, projektantami parków i architektami krajobrazu. „Być może zaczniemy doradzać pacjentom, by spędzili kilka dni na wsi, lub zaczęli uprawiać ogród” – napisał w 2001 r. w czasopiśmie American Journal of Preventive Medicine. – „Albo będziemy budować szpitale w otoczeniu przyrody lub zakładać ogrody w ośrodkach rehabilitacyjnych. Być może organizacje finansujące opiekę zdrowotną będą finansować również takie projekty, szczególnie jeżeli okaże się, że będą one konkurencyjne w stosunku do leczenia farmaceutycznego, pod względem kosztów i skuteczności.”

Zimorodek. Zdjęcie: John&Fish/Flickr.

Jeszcze wskazówka odnośnie tego, jak przyśpieszyć tę zmianę, zaczynając od dzieci: na poziomie państwa lub międzynarodowym, pediatrzy i inne osoby zajmujące się zawodowo zdrowiem, mogłyby korzystać z wieszania plakatów, rozdawania ulotek lub osobistej rozmowy, by tłumaczyć, jakie są korzyści dla zdrowia fizycznego i psychicznego z zabawy na łonie przyrody. Taka kampania mogłaby także pomóc w zmniejszeniu otyłości wśród dzieci. Byłoby idealnie, gdyby lekarze dołączali terapię przyrodą do tradycyjnych metod leczenia ADHD czy dziecięcej depresji. Kampania ta mogłaby być inspirowana kampanią na rzecz aktywności fizycznej, którą zapoczątkował prezydent John F. Kennedy. Moglibyśmy ją nazwać „Dorastaj na dworze!”.

W każdej dziedzinie, od ochrony przyrody i ochrony zdrowia, aż po projektowanie miast i edukację, ruchowi na rzecz spędzania przez dzieci czasu na łonie przyrody nie będzie brakowało sposobów na to, by sprawić, abyśmy nie zostawiali dzieci w domu – i nie będzie także brakowało znaczących korzyści, które będzie mógł przynieść. Przy sprzyjających okolicznościach, zmiana kulturowa i polityczna może dokonać się bardzo szybko. Kampanie na rzecz recyklingu i ograniczania palenia są najlepszymi przykładami na to, że nacisk społeczny i polityczny mogą wspólnie dokonać zmiany w społeczeństwie na przestrzeni zaledwie jednego pokolenia. Ruch na rzecz spędzania przez dzieci czasu na łonie przyrody ma być może nawet większy potencjał – dotyka on bowiem w nas czegoś głębszego, zarówno od strony biologicznej, jak i duchowej.

W styczniu 2005 r. brałem udział w spotkaniu Koalicji Quivira, organizacji z Nowego Meksyku, której celem jest zbliżenie do siebie ranczerów i obrońców przyrody. Koalicja opracowuje teraz plan, by promować rancza jako nowe dziedzińce szkolne. Kiedy nadeszła moja kolej na zabranie głosu, opowiedziałem o tym, że, jako chłopiec, wyciągałem paliki z ziemi, by powstrzymać deweloperów. Kiedy skończyłem, wstał jeden z ranczerów. Miał na sobie zniszczone buty. Jego stare dżinsy wyglądały tak, jak gdyby nigdy nie miały okazji trafić do pralki, a jedyne z czym miały kontakt to ziemia i skały. Jego twarz była ogorzała od słońca i pokryta zmarszczkami. Miał długie, siwe wąsy i nosił grube okulary w grubych, plastikowych oprawkach, zabarwionych od potu. „Odnośnie tej historii, którą opowiedziałeś o wyciąganiu palików” – powiedział.- „Kiedy byłem mały, to też to robiłem.”

Ludzie na sali zaczęli się śmiać, ja również się roześmiałem.

I wtedy ten mężczyzna zaczął płakać. Pomimo tego, że był tym zawstydzony, mówił dalej, tłumacząc, co spowodowało ten nagły przypływ smutku – że może należeć do jednego z ostatnich pokoleń Amerykanów, które mają poczucie kontaktu z ziemią i z przyrodą. Siła ruchu [na rzecz spędzania przez dzieci czasu na łonie przyrody] polega właśnie na tym uczuciu, na tym szczególnym miejscu w naszych sercach, na tych lasach, których spychacze nie mogą dosięgnąć. Deweloperzy i przyrodnicy, menadżerowie korporacji i wykładowcy akademiccy, gwiazdy rocka i ranczerzy mogą różnić się miedzy sobą w wielu sprawach, ale zgadzają się co do jednego – nikt z nas nie chce być członkiem ostatniego pokolenia, które przekazuje swoim dzieciom radość bawienia się na łonie przyrody.

Ilustracja: Kathrine Kirkland/Flickr.

Artykuł „Leave No Child Inside” ukazał się po raz pierwszy w magazynie Orion (marzec/kwiecień 2007 r.). Tłumaczenie: Marcin Gerwin.


1 komentarz

  1. G
    13/03/2012

    ja wsypywałem piach do baków koparek i spychaczy ;)

Komentarz