8 lutego
2011
Marcin Gerwin

Zdjęcie: Pieter Musterd/Flickr.

Zwolennicy okręgów jednomandatowych podkreślają często, że chodzi o odpowiedzialność radnych przed wyborcami. Jeżeli bowiem w danym okręgu jest tylko jeden radny, to cała uwaga mieszkańców skupia się na tym jednym radnym, co zobowiązuje go do większej aktywności, bo jeżeli wyborcy się zdenerwują, to w następnych wyborach nie będą chcieli na niego głosować. Taka argumentacja jest jak najbardziej uzasadniona. W czym więc problem? Aby zobaczyć, jak okręgi jednomandatowe mogą działać w praktyce, wyobraźmy sobie, że już weszły w życie i wybierzmy się na spotkanie z naszym radnym. Tak się złożyło, że radnym w naszym okręgu został pan X, który kandydował z niszowego komitetu „Na pohybel drzewom”, ale otrzymał 30% głosów, co dało mu pierwszą pozycję i mandat.

Mamy do naszego radnego sprawę. Chodzi o skwerek, który w miejscowym planie zagospodarowania został przeznaczony pod zabudowę, a rośnie tam kilka młodych dębów, jest także plac zabaw i nie chcielibyśmy, aby został on zabudowany. Przeczuwamy, że może nie być łatwo, ale i tak idziemy, bo zależy nam na tym miejscu. I tu pierwsza niespodzianka. Radny nie przyszedł na dyżur. Nie poddajemy się jednak i tydzień później, już umówieni przez telefon, zjawiamy się na spotkaniu. Wyłuszczamy naszemu radnemu sprawę. Radny w tym czasie spogląda za okno lub rzuca okiem na telefon, sprawdzając, czy przyszły nowe sms-y. Wreszcie podnosi rękę i mówi: „Nie. Nie ma o czym mówić. Miasto musi się rozwijać. Nowy budynek musi tam stanąć, tego oczekują ode mnie moi wyborcy.” Tłumaczenia, że jesteśmy właśnie mieszkańcami z jego okręgu nie pomagają, pan X ma najwyraźniej inną wizję rozwoju miasta i innych wyborców. Fakt, nie głosowaliśmy na niego.

Wychodząc z pokoju, spoglądamy na kartkę w biurze rady miasta i widzimy, że akurat ma dyżur inny radny. Zaglądamy do jego pokoju. Radny siedzi sam, pytamy więc, czy możemy porozmawiać. „Ależ, oczywiście” – odpowiada radny i grzecznie się z nami wita. Wygląda na sympatycznego, wyłuszczamy więc sprawę ponownie i opowiadamy o skwerku. Radny słucha z zainteresowaniem, aż nagle coś mu się przypomina. „Chwileczkę” – przerywa nam. „Czy państwo są z mojego okręgu?”  „Nie” – odpowiadamy zgodnie z prawdą. „Ach, tak… Bardzo mi przykro, ale w takim razie powinni się państwo skontaktować z radnym ze swojego okręgu, z panem X. Wiedzą państwo, chodzi o kompetencje. To jest jego okręg i jego odpowiedzialność.” „Ale my właśnie z nim rozmawialiśmy i nie chciał nam pomóc.” „Cóż, bardzo mi przykro, ale mamy teraz okręgi jednomandatowe i każdy radny jest odpowiedzialny przed wyborcami ze swojego okręgu, więc proszę mi wybaczyć. Odpowiedzialność. Sami państwo rozumieją.” Hm… Sprawy się nieco pozmieniały od czasów ordynacji proporcjonalnej, gdy można było zwrócić się do każdego z 21 radnych i było o wiele łatwiej znaleźć kogoś przychylnego.

Sprawa skwerku ciągnie się, aż szczęśliwie zbliżają się nowe wybory. Postanawiamy więc zmobilizować znajomych z sąsiednich kamienic i wymienić „naszego” radnego. Rozklejamy plakaty, rozdajemy ulotki i rozmawiamy z sąsiadami. Wszystko idzie świetnie, nawet na radną zdecydowała się kandydować znajoma aktywistka z Greenpeace’u, a do tego są jeszcze dwie osoby z komitetu „Kocham drzewa” i zaprzyjaźniony profesor z komitetu „Zielone miasto”. Wszyscy ci kandydaci deklarują, że będą zabiegać o zachowanie skwerku, co więcej, chcą przeznaczyć pieniądze na remont placu zabaw. Mieszkańcy organizują pikniki na skwerku, wieszają transparenty i sprawa jest ciągle obecna w mediach. Pełni nadziei idziemy na wybory, stawiamy krzyżyk przy nazwisku naszego ulubionego kandydata i wrzucamy kartę. A wieczorem spotykamy się ze znajomymi, by wspólnie czekać na wynik wyborów.

Najpierw przychodzi wiadomość, że kandydat z komitetu „Kocham drzewa” otrzymał 18%. Trochę mało, ale nie tracimy nadziei. I jest! Kandydatka z Greenpeace’u otrzymuje 25%, a profesor z komitetu „Zielone miasto” kolejne 22%! Rewelacja! Wyciągamy kalkulator i szybko sumujemy poparcie dla zielonej wizji miasta. Wychodzi nam, że popiera ją aż 65% mieszkańców! Super! Otwieramy szampana, udało się zachować skwerek! I wtedy przychodzi wiadomość o wyniku pana X. Pan X znów otrzymał 30%. Oznacza to, że wygrał wybory, bo otrzymał najwyższy wynik ze wszystkich kandydatów i ponownie wchodzi do rady miasta. Ma on swój żelazny elektorat, owe 30%, których nijak nie udało się nam ruszyć i choć zdecydowana większość mieszkańców ma inną wizję rozwoju miasta niż on, to, przy okręgach jednomandatowych, to pan X będzie radnym przez 4 lata. Nie zwlekając więc już dłużej, włączamy komputer i piszemy email, by przyłączyć się do kampanii „Ordynacja od nowa„.

P.S. Gdyby była chociaż druga tura tak, jak w wyborach prezydenta miasta, to pan X przegrałby z kretesem. Jednak w metodzie głosowania, która już weszła do Kodeksu Wyborczego i która miałaby wejść także w dużych miastach, drugiej tury nie ma, a obowiązuje zasada „zwycięzca pierwszej tury bierze wszystko”.


1 komentarz

  1. Kuba
    08/02/2011

    W demokracji bezpośredniej nie trzeba by prosić o cokolwiek radnych ani starać się ich zmienić, wystarczyłoby daną sprawę poddać pod głosowanie mieszkańcom.

Komentarz