4 października
2010
Marcin Gerwin

Zdjęcie: warrenski/Flickr.

Często można usłyszeć, że najlepiej zarządzane firmy to firmy prywatne, a to, co gminne lub państwowe, zwykle kuleje. Dlatego też najlepiej jest wszystko sprywatyzować. Są jednak dziedziny, w których, z punktu widzenia mieszkańców, korzystniej jest, aby firmy nie były prywatne, lecz wspólne. Mówiąc „wspólne” mam na myśli własność mieszkańców, którzy są jak akcjonariusze spółki akcyjnej i mogą wybierać zarząd oraz otrzymują sprawozdania z działalności firmy, a nie o abstrakcyjną własność skarbu państwa, która w praktyce oznacza, że jest to własność aktualnie rządzących polityków. Dziedziny, w których lepsza jest własność wspólna niż prywatna, to na przykład dostarczanie i oczyszczanie wody czy energii. Dlaczego?

Jeżeli spółka prywatna działa dla maksymalizacji zysku, to jej głównym celem będzie dążenie do tego, by zarobić jak najwięcej, a nie dostarczać mieszkańcom czystą wodę czy zapewniać dostęp do energii elektrycznej w przystępnej cenie. Woda jest tu szczególnie dobrym przykładem. Jeżeli spółka jest wspólną własnością mieszkańców, to można jej postawić jasny cel – dostarczać mieszkańcom czystą wodę. Kiedy spada jakość wody w kranie, to mieszkańcy mogą wezwać na dywanik dyrektora firmy i domagać się wyjaśnień. Jeżeli natomiast celem spółki jest zysk, to jakość wody może schodzić na plan dalszy, a liczy się przede wszystkim pomnażanie cyferek na koncie w banku. Z kolei w przypadku energii elektrycznej spółka gminna zawsze dostarczy mieszkańcom energię taniej niż firma prywatna – nie ma tu bowiem potrzeby dokładania marży, a celem jest jedynie dostarczanie energii. W teorii tak mogłyby działać firmy państwowe, jak choćby Energa, jednak traktowane są one dziś niemal jak zwykłe spółki, działające dla zysku. Pozytywnym przykładem są tu natomiast farmy wiatrowe w Danii, w Wielkiej Brytanii czy w USA, których właścicielami są członkowie lokalnej społeczności.

Kluczem do sprawnego działania spółki jest nadzór właściciela. Na dobrą sprawę nie ma różnicy pomiędzy tym, gdy właścicielem są prywatni udziałowcy lub bezpośrednio mieszkańcy. Różnica może natomiast pojawić się wtedy, gdy nadzór jest w rękach polityków, albowiem może się wówczas zdarzyć, że bardziej będzie im zależało na obsadzeniu stanowisk w radzie nadzorczej kolegami z partii niż na dobrym funkcjonowaniu firmy. Niektórzy zwracają także uwagę na to, że spółki po sprywatyzowaniu często zaczynają przynosić większe zyski, więc jest to dowód na to, że prywatne jest lepsze. Rzecz jednak w tym, że zysk finansowy nie powinien być jedynym kryterium oceny działalności firmy. Spójrzmy na to od strony społecznej. Czy atutem nie jest również to, że duża ilość ludzi ma zapewnione stałe miejsca pracy i dobre wynagrodzenia? Jeżeli natomiast firma nastawia się wyłącznie na maksymalizację zysku, to może dążyć do zmniejszania zatrudnienia (restrukturyzacji) lub obcinać pracownikom pensje, dzięki czemu jej zyski się zwiększą. I to ma być uważane za sukces? Zwalnianie ludzi po to, by właściciel mógł zarabiać jeszcze więcej?

Są również dziedziny, w których właścicielem firm może być jedynie państwo, a nigdy osoby prywatne. Jest to na przykład przemysł zbrojeniowy. Uzasadnienie jest proste – jeżeli kierując się logiką zysku, firma produkująca karabiny lub pociski moździerzowe, będzie chciała sprzedawać ich jak najwięcej, to będzie jej zależało na… utrzymywaniu konfliktów zbrojnych na świecie, aby mieć rynek zbytu dla swoich produktów. No, tak, to przecież oczywiste, co to w ogóle za pomysł, żeby przemysł zbrojeniowy był prywatny? Sęk jednak w tym, że w USA przemysł zbrojeniowy jest w znacznej części prywatny. I tak, te firmy działają dla zysku. Niektóre firmy z branży „bezpieczeństwa” są nawet notowane na giełdzie, co oznacza, że jeżeli nie przynoszą zysku, to akcjonariusze mogą podać ich zarząd do sądu.

W języku angielskim jest takie wyrażenie: „connecting the dots”, które w bezpośrednim tłumaczeniu oznacza łączenie kropek (jak na przykład w kolorowankach dla dzieci), a po polsku chyba najlepiej jest je przetłumaczyć jako „łączenie faktów”. Mamy więc w USA prywatne firmy zbrojeniowe, działające dla zysku. Oznaczać to będzie, że… Polecam w tej kwestii komentarz Michaela Moore’a do najnowszej książki Boba Woodwarda „Obama’s Wars” (nie wiem czy wszystkim mówi coś nazwisko Boba Woodwarda, ale jest to jeden z dwójki dziennikarzy, którzy ujawnili aferę Watergate – w filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” grał go Robert Redford). Nie mam nic przeciwko prywatnym warzywniakom czy cukierniom, jednak nie zgadzam się, że prywatne zawsze znaczy lepsze.

Zobacz więcej:


Komentarz