28 września
2010
Frances Moore Lappé

Belo Horizonte. Zdjęcie: tuliom/Flickr.

Kiedy pisałam książkę „Dieta dla małej planety”, odkryłam prostą prawdę: głód na świecie nie jest spowodowany brakiem żywności, lecz brakiem demokracji. Jednak uświadomienie sobie tego to był jedynie początek, albowiem musiałam zadać sobie jeszcze pytanie: jak wygląda demokracja, dzięki której obywatele mogą naprawdę mieć wpływ na to, by móc zapewnić sobie niezbędne do życia rzeczy? Czy istnieje taka demokracja gdzieś na świecie? Czy działa w praktyce czy jest to tylko marzenie? Wraz ze zwiększającą się liczbą głodnych osób w USA – jedna osoba na dziesięć korzysta z bonów żywnościowych – te pytania znów stały się palące.

Aby mogła zaistnieć możliwość, by powstała kultura aktywnych obywateli ze sprawnie działającą demokracją, pomocne są prawdziwe historie – nie modele teoretyczne, które można zastosować wszędzie, lecz konkretne przykłady, które obrazują kluczowe kwestie. Opowieść o Belo Horizonte, czwartym co do wielkości mieście w Brazylii, obfituje, moim zdaniem, w przykłady takich rozwiązań. W Belo, które liczy sobie 2,5 miliona mieszkańców, liczba osób, żyjących poniżej progu całkowitego ubóstwa, przekraczała niegdyś 11%, a prawie 20% mieszkających tam dzieci chodziło głodnych. I wówczas, w 1993 r., nowowybrane władze miasta ogłosiły, że żywność jest prawem dla mieszkańców. To stanowisko urzędu oznaczało w praktyce: jeżeli jesteś zbyt biedny, by kupić dla siebie jedzenie, nie oznacza to, że jesteś przez to gorszym obywatelem. Jesteśmy także twoimi przedstawicielami.

Nowy burmistrz, Patrus Ananias, który obecnie przewodzi działaniom na rzecz walki z głodem na poziomie krajowym, zaczął od stworzenia miejskiej agencji, w ramach której powstała 20-osobowa rada, w skład której weszli przedstawiciele mieszkańców, pracowników, biznesu i kościoła, a której celem było doradzać, jak zaprojektować i wprowadzić w życie nowy system żywnościowy. W Belo Horizonte mieszkańcy już byli zaangażowani w bezpośrednie ustalanie wydatków z budżetu miasta – w budżet obywatelski, który pojawił się po raz pierwszy w latach 70-tych ubiegłego wieku i stał się popularny w Brazylii. W trakcie pierwszych 6 lat od wprowadzenia polityki prawa do żywności, liczba mieszkańców zaangażowanych w budżet obywatelski podwoiła się do 31 tysięcy, być może właśnie na skutek tego, że zaczęto kłaść nacisk na bezpieczeństwo żywnościowe.

Stragan z żywnością "Prosto ze wsi".

Miejska agencja stworzyła liczne, innowacyjne rozwiązania, aby zapewnić, że wszyscy mogą zrealizować prawo do żywności, szczególnie łącząc interesy rolników i konsumentów. Farmerom, którzy prowadzili lokalne, rodzinne farmy, zaoferowano możliwość sprzedawania żywności w licznych miejscach publicznych, dzięki czemu marża na żywność, która w sklepach sięgała często 100%, rozkładała się teraz tylko konsumentów i farmerów. Zyski farmerów wzrosły, albowiem nie było pośredników, którzy zatrzymywali dla siebie część marży. A ubodzy ludzie zyskali dostęp do świeżej i zdrowej żywności.

Kiedy wraz z moją córką, Anną, przyjechałyśmy do Belo Horizonte, zbierając materiały do książki „Hope’s Edge”, podeszłyśmy do jednego z takich straganów. Kobieta w wesołym, zielonym fartuchu, z napisem „Prosto ze wsi”, uśmiechała się, mówiąc nam: „Mogę teraz utrzymywać trójkę dzieci z moich pięciu akrów. Od kiedy mam umowę z miastem, stać mnie było na kupno ciężarówki.”

Lepsza przyszłość dla farmerów z Belo jest niezwykła zważywszy, że kiedy wprowadzano te rozwiązania, dochody farmerów w Brazylii spadły o połowę.

Sklep "ABC" w Belo.

Oprócz straganów, które prowadzą sami farmerzy, urząd miasta zapewnia dostęp do żywności, oferując przedsiębiorcom możliwość ubiegania się o postawienie w dobrych punktach miasta sklepów „ABC”, co jest skrótem od portugalskiego „żywność po niskich cenach”. Obecnie działają 34 takie sklepy, w których miasto ustala ceny około 20 produktów – są one o jedną trzecią niższe od ceny rynkowej – które w większości pochodzą od brazylijskich farmerów, a wybierane są przez właścicieli sklepów. Wszystkie pozostałe produkty można sprzedawać po cenach rynkowych.

„Sklepy ABC, które stoją w najlepszych miejscach w mieście, mają dodatkowy warunek, by móc korzystać z publicznego terenu – tłumaczy była dyrektorka miejskiej agencji, Adriana Aranha. – W każdy weekend, ciężarówki z żywnością i innymi produktami, muszą jeździć do ubogich dzielnic poza centrum miasta tak, by wszyscy mieli dostęp do produktów w dobrych cenach.”

Kolejnym przejawem myślenia o żywności jako o prawie, są trzy duże i przewiewne „Restauracje dla ludzi” (port. Restaurante Popular) oraz kilka mniejszych lokali, które obsługują dziennie 12 tysięcy lub więcej mieszkańców, wykorzystując do tego przede wszystkim lokalnie uprawianą żywność, a w których posiłki kosztują około 1,50 zł. Kiedy wraz z Anną jadłyśmy w jednej z nich, widziałyśmy tam setki klientów – dziadków z wnukami, młode pary, grupy mężczyzn czy matki z dziećmi. Niektórzy mieli na sobie zniszczone ubrania, jakie noszą bezdomni, inni byli w ubraniach roboczych, inni wreszcie w garniturach.

„Przychodzę tu codziennie od 5 lat i przybrałem na wadze 6 kilo” – promieniał jeden starszy, energiczny pan, w ubraniu koloru khaki.

„To głupie płacić gdzie indziej więcej, za jedzenie niższej jakości” – powiedział nam atletycznie zbudowany młodzieniec w policyjnym mundurze. „Jem tu codziennie od 2 lat. To dobry sposób na to, żeby zaoszczędzić pieniądze na kupno domu, żebym mógł się ożenić”- mówi z uśmiechem.

Kolejka na pół godziny przed otwarciem "Restaurante Popular".

Nikt nie musi udowadniać, że jest biedny, by móc jadać w Restaurante Popular, choć około 85% klientów tych restauracji to ubodzy mieszkańcy. Dzięki temu, że do tych restauracji przychodzi mieszana klientela, można uniknąć piętnowania ubogich i, jak mówią ci, którzy są w nie zaangażowani, oferować „jedzenie z godnością”.

Inicjatywy na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego w Belo, obejmują także liczne ogrody społeczne i przyszkolne, jak również lekcje dietetyki. A ponadto, dotacje z budżetu centralnego do obiadów w szkole, które niegdyś wydawano na przetworzoną żywność, dostarczaną przez korporacje, dziś przeznaczane są na zakup zdrowej żywności, przede wszystkim od lokalnych farmerów.

„Walczymy z poglądem, że państwo jest fatalnym i niekompetentnym zarządcą – tłumaczy Adriana. – Pokazujemy, że państwo nie musi zapewniać wszystkiego, lecz może pewne rzeczy umożliwiać. Może stwarzać kanały dla ludzi, by sami znajdowali rozwiązania.”

Dla przykładu, miasto, w partnerstwie z lokalnym uniwersytetem, pracuje nad tym, by „utrzymywać pewną uczciwość na rynku, dzięki temu, że zapewniony jest dostęp do informacji” – mówi nam Adriana. Sprawdzane są ceny 45 produktów żywnościowych i domowych w dziesiątkach sklepów, a wyniki są publikowane na przystankach autobusowych, w internecie, w telewizji, w radiu i w gazetach, by ludzie wiedzieli, gdzie są najniższe ceny.

Zmiana w myśleniu na „prawo do żywności” sprawiła, że pogromcy głodu z Belo zaczęli szukać nowatorskich rozwiązań. Jednym z eksperymentów, które zakończyły się powodzeniem, było zmielenie skorupek po jajkach, liści manioku i innych resztek, które normalnie byłyby wyrzucone i zrobienie z nich mąki na chleb dla dzieci w szkołach. Taka wzbogacona żywność trafia również do dzieci w przedszkolach, które otrzymują od miasta trzy posiłki dziennie.

Jakie są skutki tych i innych innowacji?

W ciągu zaledwie 10 lat, śmiertelność niemowląt – która uznawana jest za jeden z przejawów głodu – spadła o ponad połowę, a z inicjatyw tych korzysta blisko 40% z 2,5 miliona mieszkańców Belo Horizonte. W ciągu 6 miesięcy w 1999 roku, niedożywienie wśród niemowląt, w badanej grupie, zmniejszyło się o 50%. A w latach 1993 – 2002, Belo Horizonte było jedynym miejscem, w którym wzrosła konsumpcja owoców i warzyw.

Ile to wszystko kosztuje?

Około 10 milionów dolarów rocznie lub mniej niż 2% rocznego budżetu miasta. To około centa dziennie na jednego mieszkańca Belo.

Oprócz tej dramatycznej zmiany, która ocala życie ludzi, jest także to, co Adriana nazywa „nową mentalnością społeczną” – „świadomość tego, że każdy w naszym mieście korzysta z tego, że wszyscy mają dostęp do dobrej żywności, a zatem – tak samo jak w przypadku edukacji czy opieki zdrowotnej – wysokiej jakości żywność jest dobrem publicznym.”

Doświadczenie z Belo pokazuje, że prawo do żywności niekoniecznie oznacza więcej rozdawnictwa (choć w sytuacjach kryzysowych, oczywiście, tak właśnie jest). Może oznaczać zmianę znaczenia słowa „wolny” w „wolnym rynku”, na wolność wszystkich do tego, by brać w nim udział. Może oznaczać, jak w przypadku Belo, budowanie partnerstwa pomiędzy obywatelami a urzędem miasta, w oparciu o wzajemny szacunek i uczestnictwo wszystkich.

A kiedy zechcesz zabrać się za żywność jako prawo mieszkańców, zwróć uwagę na to, że żadna zmiana w naturze ludzkiej nie jest potrzebna! Przez większość okresu ewolucji człowieka – oprócz ostatnich kilku z około 200 tysięcy lat – Homo sapiens żył w społecznościach, w których dzielenie się żywnością było normą. Jako gatunek, który potrafi dzielić się żywnością, „szczególnie pomiędzy osobnikami, z którymi nie jest spokrewniony”, ludzie są wyjątkowi – pisze Michael Gurven, autorytet w kwestii żywności w społecznościach zbieraczy-łowców. Oprócz czasów całkowitej nędzy, kiedy ktoś jadł, wszyscy jedli.

Zanim wyjechaliśmy z Belo, Anna i ja porozmawiałyśmy trochę dłużej z Adrianą. Zastanawiałyśmy się, czy zdaje sobie sprawę z tego, że jej miasto może być jednym z nielicznych na świecie, gdzie przyjęto takie podejście – jedzenie jako prawo, ze względu na to, że jest się członkiem rodziny ludzkiej. Tak więc zapytałam: „Kiedy zaczynaliście, czy zdawaliście sobie sprawę z tego, jak ważne jest to, co robicie? Ile może to zmienić? Jak jest to wyjątkowe na całym świecie?”

Słuchając jej długiej odpowiedzi po portugalsku, a nie rozumiejąc tego języka, starałam się być cierpliwa. Lecz kiedy jej oczy zawilgotniały, szturchnęłam tłumacza. Chciałam wiedzieć, co tak poruszyło jej uczucia.

„Wiedziałam, że na świecie jest dużo głodnych ludzi” – powiedziała Adriana. – „Ale co jest tak bardzo irytujące, czego nie wiedziałam, gdy zaczynałam, że to jest tak łatwo. Że tak łatwo jest z tym skończyć.”

Słowa Adriany utkwiły w mej pamięci. Pozostaną w niej na zawsze. Zawierają one być może najważniejszą lekcje z Belo: że łatwo jest skończyć z głodem, jeżeli tylko chcemy porzucić ograniczające nas stereotypy i spojrzeć nowym spojrzeniem – jeżeli ufamy naszym uczuciom i działamy nie jako wyborcy czy protestujący, za lub przeciw rządowi, lecz jako partnerzy rozwiązujący problemy wraz z urzędem miasta, który jest przed nami odpowiedzialny.

Źródło:


Komentarz