1 września
2010
Marcin Gerwin

Zdjęcie: nathangibbs/Flickr.

Jedna z bardziej fascynujących rzeczy, jakie ostatnio czytałem, to nie powieść Johna Grishama (choć „Obrońca ulicy” był całkiem fajny), lecz fragmenty książki na temat metod głosowania Petera Emersona. Naprawdę, było to bardziej wciągające niż powieść sensacyjna, gdyż można było zobaczyć, jak duży wpływ na podejmowane decyzje, a nawet na relacje międzyludzkie w całym kraju, ma taki pozornie drobiazg, jak wybór metody głosowania. O jakie metody głosowania chodzi? Przecież sprawa jest prosta – podnosi się rękę albo zaznacza krzyżyk na karcie do głosowania i ta opcja, która otrzymała najwięcej głosów wygrywa, czyż nie? No, właśnie, niekoniecznie. Przecież nawet w wyborach prezydenckich mamy głosowanie dwuetapowe, a które równie dobrze mogłoby się kończyć na pierwszej rundzie.

Głosowanie większościowe jest tak zakorzenione w świadomości ludzi, że często można usłyszeć, że demokracja to rządy większości. A przecież również w Polsce, co prawda kilkaset lat temu, ale jednak, decyzje na sejmikach zapadały nie większością głosów, lecz poprzez dojście do konsensusu, czyli do zgody wszystkich. Oczywiście, z lekcji historii wiemy, że ta metoda podejmowania decyzji miała istotną wadę, gdyż przekupienie jednej osoby oznaczało, że mogła ona zgłosić veto i uniemożliwić podjęcie wiążącej decyzji. Można to jednak obejść, współcześnie, w ekowiosce Sieben Linden w Niemczech, wprowadzono formułę konsensus minus 1, dzięki czemu nawet jeżeli jedna osoba będzie darła szaty, wbrew temu, co uważają pozostali, to i tak nic w ten sposób nie zdziała i decyzja zostanie podjęta.

Głosowanie na Florydzie. Zdjęcie: whiteafrican/Flickr.

Konsensus, który bez wątpienia jest trudniejszy do wypracowania, ma jedną, bardzo ważną zaletę – pozwala on utrzymywać zgodę pomiędzy ludźmi. Być może podczas dyskusji trzeba tu i ówdzie ustąpić i pójść na kompromis, ale wszyscy rozstajemy się w zgodzie. Tymczasem głosowanie większościowe to podział – na przykład 51% „za” budową drogi przez Rospudę, a 49% „przeciw”, co może być potem źródłem konfliktów i niezadowolenia. Może więc lepiej jest wypracować rozwiązanie, na które mogą zgodzić się wszyscy? Czy da się jednak to zrobić? Dochodzenie do konsensusu może się wydawać niemal niemożliwe, bo przecież każdy z uczestników spotkania może przyjść z własnym rozwiązaniem czy opinią i propozycji rozwiązań może być bardzo wiele. Dlatego też, aby wyłonić spośród różnych głosów konsensus, przydatna jest dobra metoda głosowania. Głosowanie bowiem nie musi być większościowe, a może być preferencyjne.

Na czym polega głosowanie preferencyjne? To proste – zamiast zaznaczać tylko jedną opcję, możemy zaznaczyć ich kilka, w kolejności od najlepszej, aż do najgorszej. Czyli układamy ranking. Jak to działa w praktyce? Zobaczmy to na przykładzie fikcyjnego głosowania na prezydenta Polski.


Kandydaci Jan Kamil Łucja Michał Natalia
Bronisław Komorowski 1 1 4 4
Tadeusz Mazowiecki 2 2 2 2 2
Grzegorz Napieralski 3 3 3 1
Jarosław Kaczyński 4 4 1 1 3

Mamy tu czterech kandydatów i przy nazwisku naszego ulubionego kandydata możemy zaznaczyć 1, przy osobie, która, naszym zdaniem, nadaje się na stanowisko prezydenta w drugiej kolejności, zaznaczamy 2 i tak dalej.

Zdjęcie: misterbisson/Flickr.

Co to daje? Porównajmy wyniki przy różnych metodach głosowania. Gdyby wybory te odbyły się w tradycyjny sposób, to w pierwszej turze mielibyśmy remis. Panowie Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński przeszliby do drugiej tury, w której zwyciężyłby Jarosław Kaczyński (dzięki głosowaniu Natalii). I teraz – bierzemy dokładnie te same wyniki głosowania i liczymy je w inny sposób, metodą Bordy, w której bierze się pod uwagę preferencje. Wynik jest zupełnie inny. Wybory wygrywa… Tadeusz Mazowiecki.  W tym głosowaniu to on jest kandydatem zgody, gdyż wszyscy głosujący zaznaczyli go jako drugiego kandydata na liście swoich preferencji. Wynik jest inny, albowiem ta metoda liczenia głosów pokazuje, gdzie możliwy jest konsensus, a nie większość. Zresztą nawet jeżeli przeliczylibyśmy te głosy metodą Condorceta, w której kandydatów zestawia się parami (jak w fazie grupowej mistrzostw świata w piłce nożnej, gdzie każdy gra z każdym), to i tak wygrałby Tadeusz Mazowiecki. Choć nie byłby kandydatem nr 1 dla nikogo spośród głosujących, to byłby tym kandydatem, na którego są w stanie zgodzić się wszyscy.

Czyż nie jest to intrygujące? Co by było, gdyby głosowanie preferencyjne wprowadzić w wyborach, a także w radzie miasta, w parlamencie i w referendum? Głosowanie preferencyjne można bowiem stosować nie tylko podczas wyborów, lecz również do podejmowania decyzji. Pozwala ono uniknąć „tyranii większości” i dzięki niemu więcej osób może być usatysfakcjonowanych z wyłonionej decyzji. Nie do wszystkich spraw co prawda ta metoda głosowania się nadaje, tam, gdzie do wyboru są tylko dwie opcje, głosowanie może być tylko większościowe (np. przy wyborze, po której stronie drogi mają jeździć samochody). Wybór metody głosowania to także kwestia priorytetów – czy ważniejsza jest dla nas zgoda pomiędzy ludźmi czy chodzi raczej o władzę, o możliwość narzucania swojej woli innym? Jestem bardzo ciekaw, co by się zmieniło, gdyby zaczęto korzystać z głosowania preferencyjnego.

Zobacz więcej:


2 komentarze

  1. Maciej
    02/09/2010

    Jak to było? „Nieważne kto jak głosuje, ważne kto liczy głosy”? Czy teraz, „nieważne kto jak głosuje, ważne jak liczymy głosy” ? ;-)

  2. Marian
    08/11/2012

    Dzięki. To pierwsze wyjaśnienie z którego cokolwiek rozumiem. :))

Komentarz