12 sierpnia
2010
Marcin Gerwin

Za parę miesięcy wybory samorządowe i będziemy wybierać w Sopocie radnych. Czym zajmuje się radny? W imieniu mieszkańców podejmuje decyzje odnośnie całej masy spraw, od planowania przestrzennego, poprzez edukację i kulturę, aż po transport zbiorowy, utrzymanie dróg, parków i wodociągów (1). Łatwo więc zauważyć, że kandydat na radnego powinien być jednocześnie specjalistą od urbanistyki, ekologii, inżynierii dróg, a do tego jeszcze znawcą spraw kultury, edukacji i bezpieczeństwa. Jednym słowem powinien być superbohaterem, który poświęca całe dnie pracy na rzecz mieszkańców. Tymczasem większość radnych to osoby, które mają swoją codzienną pracę, są to np. lekarze lub nauczyciele, którzy w radzie miasta zasiadają przy okazji, co w praktyce oznacza, że częstokroć mają niewiele czasu na to, by zapoznawać się szczegółowo z projektami uchwał, które przygotowują zresztą urzędnicy w imieniu prezydenta (sami radni przygotowują ich niewiele, choć rzecz jasna mogliby). Zdarza się także, że ktoś z radnych wychodzi z posiedzenia komisji, bo ma inne sprawy do załatwienia. Aby móc poprawić jakość działania rady miasta, potrzebna jest zmiana systemowa, począwszy od zmiany ordynacji wyborczej.

Molo w Lake Worth, Floryda. Zdjęcie: dcwriterdawn/Flickr.

Myślę, że wszyscy zgadzamy się co do tego, że aby móc zajmować się sprawami miasta, potrzebny jest czas. Nie można siedzieć od rana w biurze i załatwiać setki spraw, a potem po południu pędzić na spotkanie komisji, które może trwać do wieczora, bo się będzie na nim przysypiać i marzyć o tym, żeby wreszcie pójść do domu i zjeść kolację. Dlaczego funkcja radnego nie miałaby być na pełny etat? Spraw do załatwienia w Sopocie nie brakuje. Nie potrzeba wówczas 21 radnych, wystarczy ich np. 5. Tak jest zresztą w mieście Lake Worth na Florydzie, które również ma plażę, molo i 37 tys. mieszkańców. I jedynie 5 radnych. Portland, które położone jest po drugiej stronie Stanów Zjednoczonych, jest znacznie większe, ma ponad 582 tys. mieszkańców i również 5 radnych. Z kolei sąsiednie Seattle, w stanie Waszyngton, ma 617 tys. mieszkańców i 9 radnych. Dla porównania – Gdańsk ma 455 tys. mieszkańców i aż 34 radnych. I wcale nie jestem przekonany, aby podejmowane przez nich decyzje były dzięki temu lepsze. Zresztą co to za decyzje, skoro w bardzo wielu głosowaniach obowiązuje dyscyplina klubowa i radni głosują nie zgodnie z tym, jak postrzegają interes mieszkańców, ale zgodnie z życzeniem partyjnego klubu.

Kluczowe zmiany, jakie można wprowadzić w ordynacji, dotyczą jednak nie tego, że radni będą mieli więcej czasu na przygotowywanie projektów uchwał czy na spotkania z mieszkańcami, ale samej możliwości kandydowania. Chodzi o to, aby w wyborach zaczęły startować osoby, które mają kwalifikacje do tego, aby zostać radnym lub radną, jednak nie chcą wchodzić w partyjne lub komitetowe układanki i pozostają z boku. Jest to ważne, albowiem pojawienie się niezależnych radnych stwarza większe szanse na to, że zamiast reprezentować prezydenta lub partię polityczną, będą chcieli reprezentować mieszkańców. W jesiennych wyborach, jeżeli ktoś chce kandydować do rady miasta Sopotu, to nie może zrobić tego tak po prostu, indywidualnie, lecz musi znaleźć się na liście jakiegoś komitetu wyborczego. Lista taka musi być całkiem spora, albowiem musi się na niej znaleźć co najmniej tylu kandydatów, ile jest miejsc w radzie miasta (czyli w Sopocie minimum 21), co czasem oznacza, że zaraz na wstępie trzeba iść na kompromisy, jeszcze zanim zostało się radnym. Warto zwrócić uwagę także na to, że głosy oddawane są dziś nie bezpośrednio na kandydata, lecz na listę, a dopiero później są przeliczane na kandydatów. Prowadzi to do sytuacji, że osoba, która dostała mniej głosów niż inny kandydaci, wchodzi do rady miasta, albowiem lista, z której kandydowała, otrzymała więcej głosów.

Można jednak zmienić ordynację wyborczą tak, by kandydować mógł każdy, zarówno indywidualnie, jak i jako członek jakiegoś ugrupowania. Wówczas głos byłby oddawany nie na listę, lecz na osobę. Ponadto może to być  głosowanie preferencyjne, w którym można zaznaczyć kilku kandydatów w takiej kolejności, w jakiej chcielibyśmy widzieć ich w radzie miasta, co stwarza dodatkową możliwość selekcji kandydatów, podobnie jak druga tura w wyborach prezydenckich.

Jest jeszcze jedna sprawa, jaką można rozwiązać, dzięki zmianie ordynacji wyborczej. Dziś w Sopocie mamy cztery kręgi wyborcze. W trzech z nich do rady miasta dostaje się 5 kandydatów, a w czwartym, Sopot Centrum, 6 osób. Kandydatem można być tylko w jednym okręgu i to stwarza problem systemowy. Każdy z sopockich radnych podejmuje decyzje w sprawach całego miasta i do każdego radnego mogą przychodzić na dyżur mieszkańcy ze wszystkich dzielnic, nie ma bowiem podziału na rejony. Jednak głosy otrzymuje on jedynie ze swojego okręgu. Oznacza to, że może bardziej dbać o interes mieszkańców swojego okręgu, a nie wszystkich mieszkańców Sopotu lub z innych dzielnic – wyszło to przy głosowaniu w sprawie studium. Jak temu zaradzić? Rozwiązanie jest proste – zrezygnować z podziału na okręgi i zamiast czterech utworzyć jeden.

Seattle, USA. Zdjęcie: papalars/Flickr.

Co to daje? Po pierwsze to, że, przynajmniej potencjalnie, radni będą zainteresowani dbaniem o dobro wszystkich mieszkańców Sopotu, a nie jedynie tych, ze swojego okręgu. Ponadto, zgodnie z obecną ordynacją, może się zdarzyć, że nasz ulubiony kandydat lub kandydatka będzie w innym okręgu wyborczym niż nasz, przez co w ogóle nie będziemy mogli na niego głosować. Jeżeli wprowadzamy tylko jeden okręg wyborczy, to możemy głosować na każdego kandydata, który tylko bierze udział w wyborach, a on może otrzymać głosy od wszystkich mieszkańców Sopotu. Tak jest teraz w Seattle, mieszkańcy tego miasta mogą głosować na dowolnego kandydata, a nie jedynie na tego, kto kandyduje z danego okręgu.

Po zmianie ordynacji moglibyśmy więc mieć w Sopocie jeden okręg, z którego wybieranych byłoby tylko 5 radnych, do pracy na pełnym etacie. Może się tu pojawić argument, że przecież 5 radnych nie obsadzi wszystkich komisji. Oczywiście, wówczas w ogóle nie ma komisji, a jedynie spotkania tematyczne. Na przykład we wtorki o 16 spotkania w sprawie planowania przestrzennego, a w czwartki o 16 spotkania w sprawie ochrony środowiska i czystości ulic.

Dlaczego jednak narzucać odgórnie wszystkim miastom w Polsce ilu mają mieć radnych i jakie okręgi wyborcze, z poziomu ustawy? Dlaczego nie pozostawić tej decyzji mieszkańcom poszczególnych miast? Osobiście nie widzę żadnych przeciwwskazań co do tego, by w na przykład Krakowie wybierano radnych na starych zasadach, a w Sopocie i w Gdańsku na nowych. W miastach w USA jest dziś pełna mozaika różnych systemów wyborczych. Nie wydaje mi się więc, aby konieczne było zmienianie ordynacji wyborczej na siłę dla wszystkich miast w Polsce. Możliwe jest inne rozwiązanie. Można dodać do ordynacji opcję „opt out” (wypisania się), dzięki której mieszkańcy będą mogli sami zadecydować w lokalnym referendum, że chcą u siebie wybierać radnych w inny sposób.

Jak to wszystko wprowadzić? Są dwa sposoby: pierwszy to zachwycić posłów projektem zmiany ordynacji, dzięki czemu raz dwa przegłosują zmiany i po sprawie. Będzie można potem zorganizować konsultacje społeczne, by ustalić jak chcielibyśmy wybierać radnych w Sopocie, następnie referendum i jeżeli mieszkańcy Sopotu się zgodzą, to kolejne wybory mogłyby już odbywać się na nowych zasadach. Drugi sposób, w sytuacji gdyby posłowie nie wyrazili jednak zachwytu projektem zmiany ordynacji (choćby dlatego, że mniejsza ilość miejsc w radzie miasta zmniejsza szanse ich kolegów na zostanie radnym), to ruch oddolny. Potrzebna jest wówczas koalicja ok. 500 organizacji z całej Polski, od Suwałk, Morąga i Białegostoku, poprzez Rzeszów, Przemyśl i Opole, aż po Szczecin, Warszawę i Koszalin. Myślę, że stworzenie w takiej sprawie koalicji 500 lokalnych grup i organizacji jest możliwe, bo mamy ich w Polsce całkiem sporo. Dlaczego akurat 500? Dlatego, że jeżeli każda z tych 500 grup zbierze 1000 podpisów (co wydaje mi się całkowicie wykonalne), to daje to pół miliona. A pół miliona podpisów otwiera możliwość zorganizowania ogólnokrajowego referendum w sprawie zmian w ordynacji wyborczej, wyjęcia w ten sposób decyzji z rąk polityków i przekazania jej zwykłym ludziom. To już będzie demokracja na serio. Po szwajcarsku.

Zobacz także:

Przypisy:
(1) Całość spraw, którymi zajmuje się gmina, przedstawiona jest tutaj, w art. 7.1.


Komentarz