9 maja
2010
Marcin Gerwin

Demonstracja na rzecz ordynacji proporcjonalnej w Wielkiej Brytanii. Źródło: Power 2010.

Po raz pierwszy zdarzyło mi się śledzić wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii i muszę przyznać, że było to całkiem interesujące. Jedną z najbardziej intrygujących kwestii jest to, jak duży nacisk kładą Liberalni Demokraci na zmianę sposobu liczenia głosów i wprowadzenie ordynacji proporcjonalnej. Są nawet organizacje społeczne, które prowadzą kampanię na rzecz zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenie ordynacji proporcjonalnej. Hm… Ordynacja proporcjonalna? Przecież to taka, jaką my mamy w Polsce od lat. To to jest coś fajnego? Po tym, jak mieliśmy wicepremiera, którego partia miała poparcie społeczne na poziomie 2%, myślałbym raczej o zmianie ordynacji, niż o tym, żeby organizować kampanię społeczną po to, by nadal obowiązywała. Wygląda jednak na to, że z jakiegoś powodu ordynacja proporcjonalna jest atrakcyjna. Z jakiego? Oznacza to także, że coś musi być nie w porządku z ordynacją, która obecnie obowiązuje w Wielkiej Brytanii, czyli z ordynacją większościową. Co to może być?

Kiedy w Wielkiej Brytanii oddaje się głos na członka parlamentu (ang. MP), czyli na naszego posła, to w okręgu wyborczym wygrywa tylko jedna osoba. Jest to zatem okręg jednomandatowy. Zaraz, zaraz, choć ten temat może się wydawać nieco nudny, to rodzaj ordynacji decyduje o tym, kto wchodzi do parlamentu, a kto nie, bez względu na to, na kogo wyborcy oddali głosy. Czyli – z jednego i tego samego głosowania, skład parlamentu albo rady miasta może być inny, jeżeli zastosuje się inną ordynację i inny sposób przeliczania głosów na miejsca. Przyjrzyjmy się więc temu uważniej.

Główny zarzut dotyczący ordynacji większościowej, jaka obowiązuje w Wielkiej Brytanii, a który zgłaszają sami obywatele, polega na tym, że ich głosy są marnowane. W praktyce wygląda to tak, że przykładowy John Cook może zostać członkiem parlamentu, bo otrzymał największą ilość głosów, powiedzmy 30%. Oznacza to jednak, że 70% wyborców z jego okręgu nie głosowało na niego, lecz na kogoś innego. Drugi zarzut polega na tym, że ilość miejsc zdobytych przez partie, nie odpowiada ilości głosów, które oddali na nie wyborcy. W tych wyborach, Partia Pracy otrzymała 40% miejsc w parlamencie, choć głosowało na nich tylko 29% wyborców, a Liberalni Demokraci otrzymali 9% miejsc, choć głosowało na nich 23% wyborców. A zatem, w odczuciu wyborców, jest to rażąco niesprawiedliwe.

Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii w 2010 r. Podział miejsc w parlamencie (u góry) i procent zdobytych głosów (na dole). Kolor niebieski: Partia Konserwatywna, czerwony: Partia Pracy, żółty: Liberalni Demokraci.

Pomimo tych wad jest jednak partia w Polsce, która twierdzi, że okręgi jednomandatowe są super, a nawet chciała przeprowadzić referendum w tej sprawie. Ta partia to Platforma Obywatelska. Dlaczego tak bardzo im na tym zależy? Wynika to z prostej arytmetyki. Dzięki sposobowi liczenia głosów w ordynacji większościowej, partia, która zwycięża, otrzymuje bonusowe miejsca w parlamencie, dzięki czemu łatwiej jej jest zdobyć ponad połowę miejsc i dzięki temu rządzić samodzielnie, bez koalicjanta. Kiedy byłem na studiach (politologia), pamiętam, jak wykładowca tłumaczył, że w Wielkiej Brytanii jest w zasadzie system dwupartyjny, że liczą się tylko Partia Konserwatywna (Torysi) i Partia Pracy. Nie jest jednak tak, że na wyspach nie ma innych partii. Są one po prostu kasowane w wyborach parlamentarnych przez ordynację i dlatego się nie liczą. To samo ma miejsce również w Stanach Zjednoczonych, gdzie w senacie wymieniają się Demokraci i Republikanie, a reszta partii politycznych w ogóle nie ma do niego dostępu.

Ostatnio, na spotkaniu we Wrzeszczu w sprawie inicjatywy uchwałodawczej, jeden z radnych zachwalał wprowadzenie okręgów jednomandatowych w wyborach samorządowych. Tu akurat wydaje mi się to dobrym pomysłem, jednak pod jednym warunkiem. Że będzie to ordynacja preferencyjna, a nie większościowa. Jest to sposób głosowania, który polega to na tym, że zamiast robić krzyżyk przy nazwisku jednego kandydata, numeruje się ich w takiej kolejności, w jakiej widzielibyśmy ich w radzie miasta. Najlepszy naszym zdaniem kandydat lub kandydatka otrzymuje nr 1, druga w kolejności osoba nr 2, następna 3 i tak dalej. Co to daje? Sprawia to, że nasze głosy nie są marnowane, a osoba, która zostaje radnym, ma rzeczywiste poparcie większości mieszkańców.

Przykład karty do głosowania w ordynacji preferencyjnej.

Do przeliczania głosów można zastosować metodę Schulzego, dzięki której właśnie można wyłonić osobę, którą mieszkańcy najchętniej widzieliby na miejscu radnego, spośród wszystkich zgłoszonych kandydatów.

Zobacz także:


Komentarz