19 listopada
2009
Maja Grabkowska
Bydgoszcz-sludgegulper

Zdjęcie: sludgegulper/Flickr.

Jakiś czas temu, przeglądając przy niedzielnym śniadaniu weekendowe wydanie pewnej gazety, natknęłam się na krótki tekst, którego lektura na wiele dni wytrąciła mnie ze stanu względnej równowagi psychicznej. Bohaterem artykuliku był Pan Poseł na Sejm RP, którego imię, nazwisko i przynależność partyjna są dość nieistotne. Tematem notki była zaś jego zapowiedź porzucenia kariery poselskiej na rzecz wzięcia udziału w przyszłorocznych wyborach samorządowych. Pan Poseł postanowił albowiem kandydować na stanowisko prezydenta w mieście X. Jaką ma misję? Miasto X musi być miastem uśmiechu, życzliwości i gościnności. A dodatkowo przyjaznym dla kierowców. Hm.

W pierwszej chwili sama poczułam się rozbawiona niefrasobliwym poczuciem humoru Pana Posła, który notabene znany jest z radosnego usposobienia. Niestety chwilę później doczytałam w kolejnym akapicie, co skłoniło go do podjęcia takiej, a nie innej decyzji: Prestiż posła upada, a praca w samorządzie to dla mnie nic trudnego. Hmmmmmm. Czy ja wiem? Zarządzanie miastem, które liczy ponad 300 tys. mieszkańców to chyba nie całkiem łatwe zadanie. Zwłaszcza, gdy ma się tak ambitne zamiary jak Pan Poseł…

miss-hqhuyanh

Zdjęcie: hqhuyanh/Flickr.

Najbardziej jednak wstrząsnęła mną cytowana na koniec wypowiedź Pani Ekspertki z Najstarszego w Polsce Uniwersytetu: Pan Poseł najwyraźniej liczy na to, że jest rozpoznawalny i dzięki temu uzyska dobry wynik. Czy jest dobrym kandydatem? Rządzenia miastem można się nauczyć. Poza tym wyborcy nie głosują wcale na tych, którzy mają merytoryczne przygotowanie. To po prostu konkurs piękności.

Już chciałam się obrazić na takie stwierdzenie, ale szybki rachunek sumienia uświadomił mi cierpką prawdę – choć od ponad 10 lat korzystam ze swojego czynnego prawa wyborczego, to do niedawna głosowałam zwykle na osoby powszechnie uważane za „odpowiednie” na dane stanowisko, nie przyglądając się bliżej ich programom ani rzeczywistym dokonaniom. To, że nie kierowałam się urodą kandydatów i kandydatek, nie zmienia faktu, że wielokrotnie dałam się złowić na ich obiecujący (w podwójnym znaczeniu tego słowa) wizerunek. I jest mi z tego powodu po prostu głupio.

miss-jorgemejia

Zdjęcie: jorgemejia/Flickr.

Czemu piszę o tym na rok przed wyborami? Otóż myślę, że już dziś można by się zainteresować poczynaniami potencjalnych pretendentów i pretendentek do stanowisk prezydenta i radnych Sopotu. Zanim zostaniemy zaczarowani bajkowymi wizjami „Pogodnego Miasta Rozpromienionych Ludzi”, przekonajmy się jak wykonują swoje obowiązki obecnie urzędujący (polecam na przykład odwiedziny radnych w godzinach ich dyżurów – może się okazać, że w co najmniej kilku przypadkach odbywają się one tylko w teorii).

I lepiej nie bierzmy przykładu z norweskiego Komitetu Noblowskiego, nagradzając uśmiechniętych kandydatów i uśmiechnięte kandydatki za dobre chęci. W końcu wybieramy te osoby po to, żeby pracowały dla nas i jak najlepiej reprezentowały nasze interesy. Innymi słowy, rysując krzyżyki w kratkach przy nazwiskach, nie zachowujmy się jak jurorzy konkursu powierzchowności, tylko jak szefowie i szefowe rekrutujący pracowników do poważnej i odpowiedzialnej pracy. Poza tym, rzecz jasna, wypadałoby śledzić poczynania naszych przedstawicieli przez cały czas trwania kadencji, jak również nie zrzekać się dobrowolnie własnego udziału w zarządzaniu miastem (patrz art. 1 i 4 Konstytucji RP – do przeczytania tu). Demokracja to naprawdę nie tylko wybory.

PS. Prawo jazdy otrzymałam w tym samym roku, co czynne prawo wyborcze, tym niemniej wolałabym, żeby moje miasto było przyjazne dla wszystkich mieszkańców, a nie tylko dla kierowców, turystów czy bogatych przedsiębiorców.


1 komentarz

  1. Paweł Krzyżanowski
    19/11/2009

    Święte Słowa.

Komentarz